Program Wisła - projekty i załorzenia

Program Wisła - projekty i załorzenia

Ale już sekretnie rodził się "Program Wisła", ogłoszony na XII Plenum KC PZPR 16 czerwca 1978 roku. Powracał on mniej więcej do tych koncepcji, które wśród hydrotechników dominowały od 1962 roku, przede wszystkim do planu skaskadowania Wisły, lecz nadawał im znacznie większy rozmach. Uchwała KC PZPR kończyła się słowami gorącymi i wzniosłymi:
"Zespoleni w służbie krajowi, wyznaczamy sobie cele ambitne, na miarę najlepszych tradycji i najgorętszych aspiracji naszego narodu. To, co wspólnie dziś podejmujemy, określa teraźniejszość i przyszłość Ojczyzny, twarzy jej siłę i zasobność, umacnia jej godną pozycję w Europie i świecie. UCZYŃMY Z WISŁY SYMBOL ROZKWITU SOCJ ALIS TYCZNEJ POLSKI, SZLAK WIODĄCY W PRZYSZŁOŚĆ".
Ostatnie zdanie Uchwały wydrukowano tak właśnie, wielkimi literami, co było nowością. Ale społeczeństwo, mimo tych wielkich liter, przyjęło Uchwałę raczej sceptycznie, bo już gołym okiem, bez zagłębiania się w statystyczne tabele, widziało, że przemysł robi bokami, rolnictwo wegetuje od nieurodzaju do nieurodzaju, a kolejki przed sklepami wydłużają się jak wąż boa.
VIII Zjazd Partii zaakceptował "Program Wisła". Już wcześniej ruszyła urzędowa machina. Powołano Komitet ds. Zagospodarowania Wisły oraz przewodniczącego - Pełnomocnika Rządu - w osobie wicepremiera prof. Kazimierza Secomskiego. Stworzono jego Biuro na najwyższym piętrze gmachu, będącego jeszcze w stanie budowy i totalnego rozbebeszenia. Ale to jedno piętro było tip-top: eleganckie gabinety, w hallu efektowne makiety przyszłych rozwiązań hydrotechnicznych i ładnie wykoncypowanych statków wiślanych, kolorowe plansze i wykresy, mapy i schematy na całą ścianę, ogromne fotosy - nawet z satelitów, całkiem jak na wystawie "Wisła Przyszłości". Zgromadzono sztab wyśmienitych fachowców od wszystkich dziedzin gospodarki wodnej. Ruszyła ogromna praca na papierze. Ruch koncepcyjny ogarnął wiele instytucji. "Hydroprojekt" energicznie przystąpił do tworzenia nowych rozwiązań i korygowania starych, które okazały się zbyt skromne, lękliwe, nieadekwatne do wyobraźni czynników rządowych, do oszałamiającej wizji postawionej przed narodem. "Navicentrum" zaraz pomyślało, z należytym wyprzedzeniem, o luksusowych statkach wczasowych typu SPRT-100 ("Restauracja, salon, klub, duży pokład słoneczny, wystrój na odpowiednio wysokim poziomie, stwarzający wygodne i dobre warunki odpoczynku, rozrywki i rekreacji"). Jak marzyć, to na całość.
Po czym te statki miałyby ewentualnie pływać? Oczywiście po Wiśle, ale kompletnie przeobrażonej, na miarę dynamicznych ambicji epoki. Taka właśnie Wisła została zaprezentowana społeczeństwu., które jednak nie przejęło się nazbyt szczerze, niestety, albowiem miało na głowie inne kłopoty. Przeciętny obywatel pomyślał sobie, że ten kolej nowy chwyt propagandy sukcesu w sam raz na dwie minuty w Wieciorzę z Dziennikiem, przysporzy mu nowych trosk, Ryszard Kapuściński zaś prześlicznie opisał, jak to w Etiopii, gdy walił się tron cesarski, Negus nakazał pilnie budować tamy na Nilu.
Ale racja, mimo wszystko, była po stronie entuzjastów "Programu Wisła". On jest naprawdę potrzebny. Pech, że trafił w okres gospodarczej posuchy, i to głębszej niż kiedykolwiek poprzednia. On jest potrzebny, choć może zakrojono go z nadmiernym rozmachem. Potrzebny jest na pewno, mimo że można mieć zastrzeżenia co do hierarchii objętych nim celów i zasadności ich rozłożenia w czasie.
Jeszcze ździebełko historii, dla zilustrowania skali zaprojektowanych robót. Przedwojenny Rożnów, jako sztandarowa budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego, był na ustach całego społeczeństwa, jemu to Mistrz Wańkowicz poświęcił wielką część swej "Sztafety", idealnego pierwowzoru optymistycznych produkcyjniaków reporterskich.
Rożnów zbudowano. Była to inwestycja potrzebna, duża, wykona na wzorowo, chluba polskiej inżynierii wodnej. Natchnęła naród dumą.
Zakres robót przy "Programie Wisła" ma być orientacyjnie, ale wedle porównywalnych parametrów, trzysta-czterysta razy większy niż przy budowie Rożnowa. Kropka, wykrzyknik i znak zapytania.
Z historii przejdźmy do hydrologii. O co właściwie chodzi w tym programie?"
Nasz bilans wodny wygląda następująco:
Polska dostaje z nieba średnio 186 miliardów metrów sześciennych wody rocznie plus 5 miliardów metrów sześciennych z krajów zaprzyjaźnionych.
Z tego 70 procent wyparowuje. Wszystkimi rzekami, ale przede wszystkim Wisłą spływa zatem przeciętnie - niespełna 60 miliardów metrów sześciennych wody. Ta jest zapas, którym można rozporządzać, ale którego przecież nie można wyczerpać da końca - bo rzeki stałyby się puste. Statki osiadłyby na piasku, turbiny by się przestały obracać, uschłyby ryby i grunty przybrzeżne, 
a z opróżnionych koryt emanowałby niesłychany smród.
Dla zapewnienia rzekom minimalnego przepływu trzeba odjąć od owego zapasu przynajmniej połowę. 
Pozostaje około 25-30 miliardów metrów sześciennych wody dyspozycyjnej dla wszystkich użytkowników. Tak jest w roku przeciętnym. Ale w latach wyjątkowej posuchy cały odpływ polskich rzek obniża się do 38 miliardów metrów sześciennych, czyli tak, jakby już prawie nic nie zostawało dla ludzi, przemysłu, zwierząt i roślin. 
Teraz rozchodowa strona bilansu. Pobór wody na wszystkie cele gospodarki -wynosił lub wyniesie: 
w roku 1970 - 10 mld m3
w roku 1975 - 13 mld m3 
w roku 1980 - 17 mld m3 
w roku 1990 - 25 mld m3 
w roku 2000 - 39 mld m3
Wychodzi na to, że jeśli zaniechamy inwestycji w gospodarkę wodną - przede wszystkim w retencję - to za niewiele lat, gdy zdarzy się rok suchy, może nam zabraknąć wody na najpilniejsze potrzeby. Nawet gdyby pobrać z rzek wszystko, do ostatniej kropelki. 
Dlatego, chociaż to kosztowna impreza, nie mamy wyjścia: trzeba przerobić mapę, gruntownie zmienić geografię Polski. Od czego zaczynać? Od Wisły naturalnie, bo jej dorzecze to 55 procent kraju, ilość wody, którą to dorzecze zbiera - 60 procent naszych wód powierzchniowych, a z samej Wisły (bez dopływów) pokrywa się 35 procent ogólnokrajowych potrzeb wodnych. 
Więc teraz nastąpi opis całej Wisły, ale nie tej, którą Pan Bóg stworzył, a ja oglądam z hamburki "Michał", lecz takiej, jaką tworzy "Hydroprojekt". 
Wisła, to już wiemy, zacznie się od portu węglowego w Tychach, z którym będzie mnóstwo kłopotów, ale bez którego żegluga nie ruszy. 
Stamtąd zestawy pchane popłyną do Skawiny, do Krakowa i Nowej Huty, do Połańca, który sam będzie spalać 9 milionów ton węgla, więcej niż go przeładowuje Port Północny. Inne barki z węglem zagłębia rybnickiego przybędą do Tych Kanałem Śląskim, który połączy Wisłę z Odrą, a więc również z Łabą, Renem i Rodanem. 
A także z Dunajem, o czym marzył już w 1908 roku pan W. Petraschek, autor dzieła "Pokłady węglowe wzdłuż kanału Dunaj-Wisła". Następnie barki wpłyną na Górną Wisłę, spiętrzoną szesnastoma stopniami (trzy już istnieją, trzy w budowie). Ten fragment Wisły, pamiętamy, był już nieźle uregulowany za Franciszka Józefa, ale głębokość toru pozwalała kursować statkom o wyporności zaledwie paruset ton. 
Między stopniami Kościuszko (w budowie) a Dąbie (jest) omijamy Kraków kanałem lateralnym i dalej aż do ujścia Sanu bez przeszkód żeglujemy przez kolejne jeziora, gdzieniegdzie dobijając do portów, ówdzie ciesząc się czystą wodą, która z podgórskich zbiorników retencyjnych na Sole, Skawie, Rabie, Dunajcu i Wisłoce zasila oś Wisły. Na niektórych stopniach będą elektrownie, ale nieduże, po kilkanaście megawatów raptem; ten odcinek Wisły nie jest atrakcją energetyków, za to dla żeglugowców - rarytasem. Ze Śląska przecież idzie na Polskę i w świat największy potok ładunków. Górna Wisła przejmuje z nich kilkadziesiąt milionów ton, które dopłyną tanio i bez przeładunków wprost do portów zakładowych i miejskich. Ogółem, na całej Wiśle, przewiduje się budowę trzydziestu czterech portów, lecz wojewodowie przyległych ziem denerwują się, że to mało i może coś utargują dodatkowo. Z uspławnionej Nidy odbierzemy nowy towar – gips, 
z Tarnobrzega – siarkę. Przy skrzyżowaniu z kolejową magistralą hutniczo -siarkową okazja: można część rudy załadować na powrotne kursy barek i - zamiast wozić powietrze- powieźć ją do Nowej Huty.
Ten pomysł jest zresztą wątpliwy, bo po cóż wagony, które dwa tysiące kilometrów przebiegły ze Związku. Radzieckiego, przeładowywać przed punktem docelowym, odległym JUZ tylko o kilkadziesiąt kilometrów? I czy warto po to budować port? 
Docieramy do Sandomierza. Czy podpiętrzone wody nie zagrożą skarpie, która i tak ciągle przypomina o sobie obsuwaniem? Podobno nie ma strachu. Koryto Wisły 
w tym miejscu korzystne odsuwa się od skarpy, a na wszelki wypadek zbuduje się mocarne obwałowania.
I już kilometr 280, początek Wisły Środkowej, jej największej zagadki hydrotechnicznej. Górną część uregulowali Austriacy, Dolną częściowo uregulowali Prusacy, Środkowa płynęła szeroko i dziko, uzasadniając żale, iż Wisła jest ostatnią zachowaną au naturel wielką rzeką Europy. Nikt ojej zabudowę nie wojował ze specjalnym zapałem, bo ani energetycy, ani żeglugowcy nie mieli tu pierwszoplanowych interesów. I nagle ta decyzja: kaskadować! Cała Wisła ma stanowić jednolity klasą szlak wodny. Projektanci wystartowali tutaj z opóźnieniem, zresztą mają dużo czasu do namysłu, gdyż zabudowa Wisły Środkowej nie zacznie się przed latami dziewięćdziesiątymi, a chyba znacznie później. Dlatego nie ma, jeszcze jasnej koncepcji: ile budować stopni i gdzie? Wariant l przewiduje między Sanem a Wieprzem tylko trzy spiętrzenia, wariant 2 - aż sześć. Odwrotnie 
z bocznymi kanałami dla żeglugi: wariant 1 nakreśla trzy takie "derywacje" 
(w rejonie Annopola, Piotrowina i Puław), wariant 2 – żadnej.
Wariant 3 - żeby zostawić Wisłę Środkową w spokoju, ograniczając się do tradycyjnych prac regulacyjnych, nie jest w "Programie Wisła" rozpatrywany, ale 
(o czym wyżej była mowa) wydaje się najsensowniejszy. Miejmy nadzieję, że wygra. 
Od ujścia Wieprza po Narew poglądy są niemal zgodne: stopni będzie sześć, 
a derywacje jedna lub dwie. 
Wieprz to problem sam w sobie. W organicznym związku z nim, miejscami nawet wspólnym korytem, pobiegnie Kanał Lubelski a jego przedłużenie zwiążemy się z siecią wodną ZSRR. Wreszcie Polska przestanie być korkiem w ogólnoeuropejskim systemie śródlądowej żeglugi. Stare sny o "drodze do Indyj" ciut się przybliżą. Szkopuł, że w Wieprzu mało wody. Dostanie zatem, specjalnym kanałem przerzutowym, pożyczkę z Sanu, którą odda Wiśle niżej, przez wylot Kanału Lubelskiego. 
Dobijamy do Warszawy. Tutaj problem dyskusyjny i bardzo trudny do rozwikłania. W obrębie stolicy Wisła jest już gęsto i na różnorakie sposoby zabudowana: seria mostów, ujęcia wody, Wisłostrada, porty, przystanie, plaże z basenami tworzą "gorset warszawski" - jak powiadają inżynierowie - który ogranicza swobodę manewru, zmusił do liczenia się ze stanem zastanym. I oto dylemat: jeśli stopień Warszawa Północ spiętrzy wodę wysoko, to ten cały nadwiślański inwentarz trzeba będzie przerabiać. Wisła w mieście utyje zastraszająco, zwichnięty zostanie dotychczasowy tryb jej współżycia z Warszawą, ucierpią od podmakania tereny prawobrzeżnego pasma zabudowy, po którym stolica ma się wydłużać ku Mod1inowi. A znów, jeśli spiętrzenie będzie niskie, to powyżej mostu Poniatowskiego powstanie płycizna, która uniemożliwi żeglugę - bo tam nie sięgnie "cofka" zalewu; zrobi się trzykilometrowa dziura w wiślanej drodze wodnej, od Śródmieścia do stopnia Siekierki. Może zbudować "kanał w rzece", dzielący Wisłę podłużnie na dwa nurty - o wyższym i niższym poziomie? Takie rozwiązanie jest prawdopodobne. Ale w ten sposób nie uniknie się tranzytu przez Warszawę ogromnej kawalkady zestawów pchanych. Szlag trafi turystykę i rekreację, takoż piękno panoramy. Zrodziła się zatem koncepcja, ażeby Warszawę ominąć z dala kanałem żeglugowym, który od stopnia Warszawa Południe gdzieś za plecami Pragi pobiegłby ku istniejącemu już Kanałowi Zegrzyńskiemu. To jest dopiero pomysł, może komuś przyjdzie lepszy do głowy. 
Zresztą i tu jest czas do zastanowienia. Co do stopnia Warszawa Północ, „Hydroprojekt” postawił warunek kategoryczny: nie wolno go budować, póki Warszawa lewo- i prawobrzeżna nie będą miały oczyszczalni ścieków. (Ich brak sam w sobie jest ciekawostką: z europejskich stolic takie curiosum stanowi podobno jeszcze tylko Tirana). Gdyby ów nakaz projektantów został zignorowany, Warszawa – mówiąc zwięźle – leżałaby nad przeogromnym szambem. 
Dalej już przez dłuższy czas nie ma większych rozterek. Włocławek jest. Pewne uciążliwości, jakie sprawia żegludze i ochronie przeciwpowodziowej, mają zniknąć automatycznie, gdy powstaną wszystkie stopnie kaskady Dolnej Wisły. W następnej kolejności budowany będzie stopień Ciechocinek albo Wyszogród, z największą na Wiśle hydroelektrownią, potem Solec Kujawski, Grudziądz, Piekło i Gniazdowo. Zabytkowy Płock, tak jak Kraków, ominie się derywacją, więc i tu pejzaż nie dozna uszczerbku.

Bliżej morza powstają jednak nowe kwestie, choć nie tak zawiłe, jak w węźle warszawskim. Pierwsza wynika z dalekowzroczności: skoro już tyle inwestujemy, to może pójdźmy na całość i dolny odcinek Wisły - gdzieś po Bydgoszcz i Toruń - budujmy jako drogę wodną V, a nie IV klasy, czyli jako szlak dostępny dla niewielkich statków morskich? (Drogi IV klasy muszą mieć przynajmniej 2,1 metra głębokości, V klasy - 3,0 metra). Po co stateczki mają blokować oceanicznym gigantom miejsce przy nabrzeżach, po co przeładowywać towary na kolej lub barki, skoro można by żeglować bezpośrednim rejsem z Helsinek do Torunia? Poprawki na stopniach i śluzach, jakich wymagałaby taka korekta, byłyby, podobno nieduże.
Kwestia druga, pozornie dziwna: jak Wisłę związać z Gdańskiem?
Otóż tam, od Nogatu, zaczyna się wielki bałagan wodny, jak to zwykle w deltach, i istnieją różne możliwości doprowadzenia wody - i żeglugi - z Wisły do gdańskiego kombinatu portowego. A każdy wariant wymaga nieco innego usytuowania ostatnich stopni na Wiśle. Projekt, by końcowym było Piekło, jakby się trochę podłamywał, choć nie chodzi tu o odebranie pretekstu żartownisiom. Chyba skończy się w Gniazdowie. 
W szczegóły zagłębiać się nie warto, Gniazdowo brzmi ładnie, a tak. czy inaczej, Wisła jednak będzie wpadać do morza.
Ten opis przyszłej Wisły - koncepcji jej hydrotechnicznej zabudowy - pokazuje zaledwie fragment "Programu Wisła"; najbardziej efektowny, lecz wcale nie najważniejszy. Niemal nic nie było dotąd o zapobieganiu powodziom, o jakości wody ani 
o nawodnieniach, bo ze sprawami tymi, o kardynalnym znaczeniu, sama kaskada Wisły mało ma wspólnego. Dlatego ludzie ostrożni i tacy, co znają życie, wyrażają nieśmiałe obawy; jeśli cały impet inwestycyjny pójdzie na kaskadę Wisły (zakładając, że pójdzie 
w ogóle...), to czy aby nie zabraknie energii (pieniędzy, mocy przerobowych) na program retencyjny, bez którego skaskadowana Wisła będzie jak kręgosłup bez robotnych kończyn. Oczywiście, w dokumentach partyjnych, rządowych i inżynierskich istnieje pełna równowaga akcentów, "Program Wisła" rozumiany jest w całej złożoności. Bywa jednak, że podczas realizacji jedne cele dostają zielone światło, inne są odkładane; różna jest siła przebicia resortów i województw. Dlatego dobrze, że sceptycy przypominają o sprawach, które mniej się nadają do prezentowania w TV 
i dekorowania orderami tych, co je realizują. Ktoś, kto w terminie albo i przed ukończy piękną zaporę, lepiej pasuje na herosa niż ktoś, kto po prostu napisze NIE! na dokumencie, zabraniając takiej lub innej inwestycji w celu ocalenia czystości wodnego zbiornika.
Ażeby "Program Wisła" spełnił gospodarcze i społeczne oczekiwania, należy na równi z budową kaskady traktować przynajmniej jeszcze trzy, wcale nie mniej rozległe
i kosztowne, człony tego programu: oczyszczania ścieków, wielkiej retencji oraz wody dla rolnictwa. Człon pierwszy, dla przykładu, to zbudowanie 188 wielkich oczyszczalni ścieków, 193 średnich i kilku tysięcy małych, nie licząc modernizacji większości tych, które, już istnieją, ,oraz budowy rozmaitych obiektów do odsalania wód kopalnianych.
Każdy z tych tematów to ogrom. O każdym piętrzy mi się na półce sterta dokumentów, wycinków, opracowań przyczynkarskich, notatek. Na wyrywki znam Prawo Wodne, wprowadzone Ustawą z 24,10.1974 roku, które uchodzi za wzorowe 
w światowej skali, które naśladują inne państwa i które ma tylko tę wadę, że nikt się nim nie przejmuje. Maluczko, a z reportera przepoczwarzę się w melioranta, inżyniera sanitarnego i budowniczego zapór (wykładów na politechnice już bym się ewentualnie podjął z nie gorszym skutkiem, niż. Mark Twain redagował gazetę rolniczą). A niechżeż gromy spalą te hałdy papierzysk! Tyle lat męczyłem się, by je zebrać, a teraz mam się męczyć znowu ich studiowaniem? Mam męczyć Czytelnika? Robię zatem to, co w takich przypadkach reporter uczynić powinien: układam wszyściutko w teczki tematyczne, zawiązuję na kokardkę i znoszę do piwnicy, obiecując sobie solennie, że kiedyś przecież powrócę do tej pieczołowicie zgromadzonej dokumentacji, przewertuję ją, popodkreślam, zweryfikuję, skonfrontuję, uaktualnię i napiszę dzieło obszerne, a solidne, i w pełni kompetentne., Oczywiście to nigdy nie nastąpi, ktoś za wiele lat przypadkowo znajdzie te teczki i od razu wyrzuci do pojemników na makulaturę, jeśli będzie obywatelem uświadomionym. A ja, korzystając z dłuższej przerwy z rejsie, ruszam w miasto wykręciwszy uprzednio kilka telefonów.
Maciek Jędrysik, który jest wielką fiszą w "Hydroprojekcie", nawet się zbytnio nie, zmienił od szkolnych czasów, gdy razem grywaliśmy w koszykówkę.
- Kiedy pracowałeś nad "Projektem Wisła", byłeś zdania, że nie ma potrzeby kaskadowania Wisły Środkowej. "Program Wisła" zapowiadał: kaskadować całość! -
a ty co aprobujesz?
- Decydenci stwierdzili, że transport wodny musi przejąć ładunki rzędu stu milionów ton rocznie, Jeśli tak, to rzeczywiście Wisłę trzeba przekształcić
w jednolitą drogę wodną na. całej długości. Tylko że sto milionów ton wygląda na bajkę z tysiąca i jednej nocy. Specjaliści ,Hydroprojektu" podważali takie założenia, wykazywali ich nierealność. Skoro jednak najwyższe władze podjęły decyzję, to projektanci mają obowiązek znaleźć optymalne rozwiązania techniczne, nawet gdy nadal żywią wątpliwości. 
- Od początku jednak byłeś za kaskadowaniem Wisły Dolnej i Górnej. 
- Oczywiście, Byłem i jestem. 
- Ile to ziemi odejmie rolnictwu? 
- Minimalny obszar. Oprócz nielicznych odcinków, zbiorniki kaskady zmieszczą się 
w obrębie wałów, to znaczy na terenach marginesowych dla produkcji rolnej. Właśnie z tego względu wysokość piętrzeń zakładamy dość niską, w granicach rozsądku, bo w ten sposób zmniejszy się powierzchnię zalewów. Czynimy tak wbrew naciskom energetyki, dla której im wyższe piętrzenie, tym lepiej. 
- Czy specjaliści określili wreszcie wspólny pogląd na to, jak stopnie na rzece wpłyną na jej zdolność samooczyszczania? 
- Nadal są spory. Niektórzy wciąż utrzymują, że wielkie powierzchnie lustra wody oraz jej przelewanie na jazach będą sprzyjać aeracji, to jest napowietrzaniu. wody, że zwiększą ilość tlenu, Ale przeważa opinia, którą umacniają ostatnie badania, że warunki samooczyszczania pogorszą się. Dlatego tak mocno podkreślamy, że inwestycje hydrotechniczne i oczyszczające muszą iść w parze, a niekiedy oczyszczalnie muszą bezwzględnie powstać wcześniej. Tak jest ze stopniem Warszawa-Północ oraz z Narwią i Bugiem, ze względu na ochronę ujęcia wody pitnej dla stolicy. 
- Co zrobisz, żeby nie runęły skarpy w Sandomierzu i w Płocku wraz z całą kolekcją historycznych pamiątek? 
- W Sandomierzu Wisła się o skarpę nie oprze, Płock ominiemy kanałem derywacyjnym, pod skarpą nie będzie spiętrzenia. Miłośnicy zabytków mogą spać spokojnie. Dziennikarze też. 
- Dziękuję w imieniu dziennikarzy. Ale spać będziemy czujnie, żeby inżynierowie nie popadli w trans nadgorliwości. 
Poglądy Jędrysika podbudował inż. Aleksander Łaski, generalny projektant "Kaskady Wisły". 
- To dobrze, uważam, że się dziennikarze żołądkują, ochronę wód trzeba eksponować ze wszystkich sil. Ale walka o jakość wody rozegra się nie w osi Wisły, lecz na jej dopływach. Budowa zbiorników retencyjnych musi być poprzedzona uruchomieniem oczyszczalni, inaczej pogorszą one sytuację, Na przykład nie wolno robić zbiornika na Wieprzu bez oczyszczalni w Zamościu, Szczebrzeszynie i tak dalej. Jeśli "Program Wisła" będzie realizowany konsekwentnie, to od 1990 roku jakość wody zacznie się poprawiać. Konsekwentnie - to znaczy tak, aby nie zahamować budowy zbiorników retencyjnych 
w dorzeczu, bo to one mają zwiększyć i wyrównać przepływ czystej wody w całym systemie. Jeszcze kwestia mniej znana. Pojęcie zanieczyszczeń kojarzy się z przemysłem, z miastami, tymczasem narasta groźba zanieczyszczeń obszarowych, powodowanych przez rolnictwo. Nie zatrzymamy procesu chemizacji i nie zdołamy powstrzymać spływu i zwiewania chemikaliów do wód. Dlatego do maksimum trzeba oczyszczać łatwiejsze do ujęcia, rozmieszczone punktowo ścieki przemysłowe i komunalne. W ten sposób pozostawimy rzekom rezerwę odporności, żeby same poradziły sobie z nawozami i pestycydami.
- Rolnicy w ogóle kręcą nosem na "Program Wisła". Mówią, że kaskada nie da im nic, tylko zabierze sporo gruntów. Że ważne jest retencjonowanie wody w górnym biegu rzek, i to raczej w wielu małych niż niewielu wielkich zbiornikach. Że gromadzenie wody w osi Wisły jest dla rolnictwa bez sensu, bo ona po prostu spłynie do morza. A ze zbiorników położonych wysoko mogłaby tanio, grawitacyjnie spływać na przesuszone pola. .
- Nie jest to takie proste i jednoznaczne. Muszę tu przytoczyć trochę liczb. Sama kaskada Wisły zabierze około 21500 hektarów, lecz z tego 90 procent to mało produktywne ziemie w obszarze międzywala. Ale zbiorniki retencyjne to inna sprawa, one zajmują znacznie większe powierzchnie. Te duże, wielofunkcyjne zbiorniki, możliwe do sterowania, zasilające Wisłę w okresach posuchy - zajmą. jakieś 31 500 hektarów. A te małe, postulowane przez rolnictwo, najbardziej korzystne dla lokalnych nawodnień - aż 133 tysiące hektarów. Często dobrej ziemi. Czy warto? To rzecz do namysłu. Zważmy, że w tych dużych, wysoko spiętrzonych zbiornikach zgromadzimy rezerwę 2,6 miliarda metrów sześciennych wody, a w małych, płytkich, czterokrotnie rozleglejszych obszarowo - tylko 1,8 miliarda metrów. Trzeba szukać rozwiązań zabierających mniej gruntów - tak jak deszczownie i kanały przerzutowe. Na te pytania sami rolnicy powinni dać ostateczną odpowiedź.
- Ale znów wielkie zbiorniki mogą mieć ujemny wpływ na otoczenie, zmienić warunki środowiska naturalnego, zaszkodzić chronionej przyrodzie.
- Pilnie to badamy. Sądzimy, że Czorsztyn nie powinien odbić się na klimacie parku narodowego w Pieninach, bo wpływ wilgotności ominie park, może poza małymi jego skrawkami; na szczęście jest tam korzystny układ wiatrów. Także co do Puszczy Białowieskiej jestem optymistą, zbiornik Siemianówka na Górnej Narwi nie zaszkodzi jej. Co innego z Wielkimi Jeziorami Mazurskimi. Właśnie rolnicy postulują ich podpiętrzenie, żeby stworzyć rezerwę wody. Z tym lepiej poczekać, przeprowadzić szczegółowe badania. Wahania lustra jezior mogą spowodować zmianę warunków na styku woda-ląd. Po prostu zacznie marnieć i gnić roślinność brzegowa, zanikną albo przemieszczą się różne zespoły florystyczne. Mazury to zbyt cenny kompleks przyrodniczy, zbyt piękny kraj, by na nim eksperymentować. Co innego jeszcze Puszcza Kampinoska. Ona była od dziesięcioleci meliorowana, przesuszana, teraz przyda się jej nawodnienie. Stopień Wyszogród przez przesączanie, podniesienie wód podziemnych, przerzuty wody, może jej pomóc. Ale i tam trzeba uważać, żeby nie przedobrzyć.
- Załóżmy, że "Program Wisła" zostanie zrealizowany tak, jak jest przewidywane,
a nawet ze wszystkimi rozsądnymi poprawkami. Czy to zapewni Polsce obfitość wody na wszelkie potrzeby?
- Nie. W dalekiej perspektywie i tak wody będzie za mało. Dlatego potrzebna jest stała racjonalizacja zużycia, tworzenie obiektów zamkniętych. Ale i to kryje pewne niebezpieczeństwa. Istnieje paradoks, że bardziej udoskonalone obiegi wody zwiększają jej straty bezpowrotne. Weźmy elektrownię cieplną, taką, która ma chłodnie kominowe
i pobiera mało wody z rzeki, tylko dla uzupełnienia systemu chłodzenia. I drugą elektrownię cieplną, która bierze z Wisły bardzo dużo wody i podgrzaną oddaje do jej koryta. Która lepsza? Ta, co pobiera mało? Otóż nie, zysk jest pozorny. Straty wskutek odparowywania są dwa razy większe niż przy .obiegu otwartym, jak w tej drugiej elektrowni. Przecież ta para leci do góry, tworzy obłoki, następne chmury powstają wskutek parowania z pól intensywnie nawadnianych. Oczywiście, z chmur spadnie deszcz, ale gdzie spadnie? Jest duża szansa, że nie u nas. Więc ten deszcz stracimy bezpowrotnie. A Kozienice, na przykład, wysysają Wisłę jak smok, lecz prawie całą wodę jej zwracają. 
- Tyle, że gorącą. To zakłóca naturalne procesy biologiczne i pogarsza jakość wody.
- Ale to przedłuża okres żeglugowy, zmniejsza zlodzenie, ogranicza groźbę zatorów 
i powodzi. Tu zyski, tam straty. Tam. minus, tam plus. Idealnych rozwiązań nie ma. Wszędzie trzeba dążyć do punktu optymalnego. Do kompromisu. Tak w technice, jak 
w gospodarce.
- I w polityce też, uważam.
Kolejnym moim rozmówcą jest minister Ryszard Białas, zastępca pełnomocnika rządu ds. "Programu Wisła".
Pozostaje jeszcze trochę niejasności. Na przykład z "gorsetem warszawskim". To nie jest tak, że już zapadła decyzja: barki będą płynąć przez Warszawę Wisłą o dwudzielnym korycie, wyższym i niższym. Zawarliśmy umowę z Politechniką Warszawską, że przedstawi własną koncepcję rozwiązania. Może to dobry wariant, by puścić kanał za Pragą, do Kanału Zegrzyńskiego? Na pewno natomiast nie można w Warszawie podnieść za wysoko, powiedzmy o dwa, metry, lustra wody. Nie ma też co ukrywać, zmieniając temat, że kanalizacja rzeki powoduje pogorszenie jej czystości, więc dobrze, że mówi się o tym zawczasu, choćby nazbyt alarmistycznie. Program budowy oczyszczalni nie może się opóźnić. Skoro będzie się tego rygorystycznie przestrzegać, to jakość wody poprawi się, zwłaszcza że kaskadę. Wisły będą dotleniały jazy specjalnej konstrukcji, zwane właśnie tlenowymi.