Program Wisła - Centralny port węglowy w Tychach

Program Wisła - Centralny port węglowy w Tychach

Budowa właśnie się rozpoczyna. Widać jeszcze niewiele.. Gdzieniegdzie zwały humusu, zepchniętej spychaczami gleby próchniczej, która się później przyda, być może. Tu i tam początek wykopów, doły, bruzdy, kałuże i błocko, wymiętoszone gąsienicami. Parę koparek, parę buldożerów. Wszystkie stoją, chociaż dopiero po ósmej, do fajrantu daleko. Jak okiem się­gnąć - ludzi trzech. Nadchodzi czwarty. Dwa baraczki. Zaglądam ­też puste. Nie wydaje się, żeby ta inwestycja, o której dużo w "Pro­gramie Wisła" i w gazetach, rozkręcała się w tempie oszałamiającym.
Może to dobrze. Centralny Port Węglowy należy do najbardziej surrealistycznych pomysłów, jakie powstały w mózgach planistycz­nych, chociaż zasadza się na założeniu teoretycznie poprawnym: skoro transport kolejowy na Śląsku pęka w szwach, a wydobycie węgla rośnie, to należy część ładunków przerzucić na żeglugę śródlądową, do czego port jest nieodzowny.
Między piękną ideą a jej realizacją istnieją jednak rafy bezhoło­wia, które barwnie opisał Józef Kuśmierek, reporter specjalista od tropienia inżynierskich absurdów. Warto streścić jego wywody, doda­jąc nieco pikantnych szczegółów.
Port, który ma powstać, imponująco rozrastał się w planach. W pierwszej decyzji, z 23 stycznia 1973 roku, premier Piotr Jarosze­wicz określił jego zdolność załadunkową na 5 milionów ton rocznie. W listopadzie 1978 roku premier unieważnił swą decyzję, lecz 
w pięć miesięcy później nie tylko unieważnił unieważnienie, ale powiększył przyszłe zadania portu i od razu asygnował tak. ogromne kwoty, że ich "przerobienie" byłoby absolutnym niepodobieństwem. Projektan­tom We wrocławskim "PoItegorze" zlecono opracowanie założeń te­chnicznych obiektu aż czterokrotnie większego! W rok później Biuro Pełnomocnika Rządu do Spraw Zagospodarowania Wisły (które. tym­czasem powołano) z rozmachem określiło zadania wyimaginowanego portu jeszcze wyżej, bo na 28 milionów ton załadunku i przesłało do biur projektowych (już paru) stosowne poprawki projektanci wpadli w popłoch, gdyż nie mogli pojąć, jakim cudem przy rzeczułce, jaką jest Mała Wisła pod Tychami, da się zbudować port większy od pełno­morskiego, nad głębiami Bałtyku położonego Portu Północnego? Nie pocieszyło ich nawet, że w miesiąc później kolegium Ministerstwa Górnictwa zredukowało (samowolnie?) wielkość proponowanych w Ty­chach załadunków, i to o połowę. Port śródlądowy na 14 milionów ton ­to nadal obiekt olbrzymi. Czym wypełnić przyszłe baseny portowe, skoro zasoby wodne w tym akurat miejscu Polski są znikome?
Drugą istotną przeszkodą jest brak drogi wodnej, którą z tego wspaniałego portu mogłyby płynąć naładowane węglem "zestawy pchane" (pchacz i dwie barki), po 3600 ton ładowności, czyli mniej więcej dziesięciokrotnie większe od barek, jakie na Górnej Wiśle nie mogą pływać obecnie, bo grzęzną na płyciznach.
Taka droga, żeby powstała, wymaga istnienia - tylko na Górnej Wiśle, do ujścia Sanu - szesnastu stopni wodnych. Z tego są trzy, a trzy dalsze - w budowie. Kiedy będą wszystkie? Ba! Tego nie wie nikt. Odłóżmy chwilowo ten temat, bo przyjdzie o nim obszerniej po­rozmawiać w innym miejscu. 
Załóżmy, że port w Tychach zostanie jednak zbudowany i na­pełniony wodą, że nie zaszkodzi mu usytuowanie na obszarze szkód górniczych (przewidywane osiadanie terenu - 10 metrów!), że Górna Wisła będzie skaskadowana, że naprawdę powstanie droga wodna zdolna koło Krakowa pomieścić barki formatu niedużych statków morskich. Zaraz rodzą się pytania następne i chyba kluczowe: co właściwie i dokąd tymi barkami wozić?
Niby jasne i ściśle określone planem: węgiel z kopalń "Brzeszcze",

"Ziemowit", "Piast" i "Czeczott" do wielkich elektrowni w Skawinie, w Łęgu pod Krakowem i w Połańcu. Ale rozpatrzmy te kopalnie po kolei: "Brzeszcze" odpadają, bo leżą za daleko, aby mogły. do portu dostarczać węgiel taśmociągami (a tylko ten sposób dostawy przewidziany jest projektem). "Czeczott" w ogóle jeszcze nie istnieje; ruszy gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych, a na pełną skalę - w dziewięćdziesiątych. "Piast" fedruje węgiel nie nadający się do kotłów elektrowni w Łęgu i Skawinie, gdyż jego popioły mają za niski punkt topliwości. Podczas "zimy stulecia" elektrociepłownia Łęg zaryzykowała spalenie kilkuset ton piastowego węgla, bo innego zabrakło. Płynny żużel zalał piece, trzeba je było zatrzymać, wysadzić stwardniałą szlakę dynamitem, a Kraków marzł. Jedynie "Ziemowit" ma węgiel w sam raz, ale akurat w tej kopalni zbudowano najnowocześniejszą w Polsce załadownię wagonów, przeto transport wodny jej nie interesuje.
Wznieśmy się jednak fantazją ponad wszelkie przeszkody, wyobraźmy sobie, że cały ten z rozmachem zaprojektowany system transportu wodnego jakimś cudem funkcjonuje. Pozostaje jeden szczegół: jak będzie wyglądać owa substancja, po której płyną barki, gdy do obecnej wody "pozaklasowej", już nie nadającej się do żadnych celów gospodarczych, dojdą:
- następne setki ton soli dziennie z głębokich poziomów rozbudowywanych kopalń,
- następne setki ton pyłów węglowych, nieuchronnie rozsiewanych przy przeładunkach,
- rozległe plamy olejowe, zawsze towarzyszące żegludze,
- poodrywane śrubami statków osady denne.
To nie jest tak, jak można by wnioskować, na pozór logicznie, że skoro wiślana woda jest do niczego, to przecież nie zaszkodzi, jeśli się ją jeszcze bardziej zanieczyści. Ta woda bądź co bądź płynie Wisłą dalej i stopniowo ulega częściowemu samooczyszczeniu, dzięki sedymentacji, usilnej pracy rozmaitych mikrożyjątek oraz zastrzykom, czyściejszej, dobrze utlenionej wody z dopływów karpackich. Tak jest teraz. Ale czy tak będzie? Cieniutka nawet warstewka oleju wystarczy, by sczezła mikroflora. Zbyt wielki ładunek soli spowoduje, że nie zdołają go rozcieńczyć karpackie dopływy. Skondensowane chlorki i siarczany będą zatem rozpulchniać betony budów hydrotechnicznych. Zawiesiny w skaskadowanej rzece, zamiast odpływać do Bałtyku, wraz z naturalnym rumowiskiem osadzą się na dnie zbiorników i będą je szybko spłycać zmniejszając pożytki: żeglugowe i energetyczne. Rzeka zmieni się w stęchłe, czarne, śmierdzące zastoiska. Pobór wody dla przemysłu będzie wymagało kosztownego uzdatniania, a dla rolnictwa (o wodociągach nie wspominając) stanie się w ogóle niemożliwy.
W teorii każdej z tych plag dałoby się jakoś zaradzić, technika ma na wszystko sposoby. Sól można wytrącić w odsalarniach, ścieki oczyścić, olejowe plamy usunąć detergentami, zawiesinę zebrać w osadnikach, osady denne wybagrować, a życie biologiczne wskrzesić sztucznym dotlenianiem. Ale takie zabiegi są piekielnie kosztowne i nie dają profitów przeliczalnych wprost na złotówki. Ergo, zawsze odkłada się je na nieokreśloną przyszłość, kiedy nas będzie na to stać". Tak było, tak jest i sądzę, że będzie tak tym bardziej wtedy, gdy żelazne prawa opłacalności będą dyktowały przedsiębiorstwom tok ekonomicznego myślenia i tryb gospodarnego działania...