//Cracov - start', start); map.addOverlay(marker); //sandomierz stop var point = new GLatLng(50.69787117127509,21.82880401611328); var marker = createMarker(point,'Sandomierz - koniec', koniec); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.089167,20.245); var marker = createMarker(point,'

Igołomia

Stała się znana dzięki odkryciu tu dużego ośrodka produkcji żelaza i glinianych garnkówznaleziono tu głównie pozostałości pieców do wytwarzania rud żelaza, tzw. dymarek z I i II wieku naszej ery. Wizyta w rezerwacie archeologicznym, prezentującym aż 47 pieców garncarskich ( w sumie odnaleziono ich ponad 90 ), pozwala prześledzić proces powstawania naczyń ceramicznych, używanych przede wszystkim do celów gospodarczych. Wyposażenie grobów oraz kości, naczynia ceramiczne, ozdoby i narzędzi pracy ludzi sprzed 5000 lat można zobaczyć w pracowni archeologicznej Polskiej Akademii Nauk, która mieści się w klasycystycznym, bardzo dobrze zachowanym pałacu. Źródło:Ó Polska Nawigator Turystyczny, Carta Blanca, Warszawa 2007


', info); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.14258600141398,20.406417846679688); var marker = createMarker(point,'Hebdów

Malowniczo i pięknie usytuowany na wzgórzu, w otoczeniu zieleni zespół dawnego opactwa Norbertanów. Obecnie kościół i klasztor, którego początki sięgają połowy XII w. należy do ojców pijarów. Opactwo hebdowskie rozwijało się bardzo szybko i w średniowieczu należało do najbardziej znaczących wśród opactw norbertańskich w Polsce. Pochodząca z początku XV w. drewniana rzeźba Matki Bożej z Dzieciątkiem – czczona od wieków i łaskami słynąca -  jest prawdziwym skarbem świątyni. Pod kościołem rozciągają się udostępnione do zwiedzania podziemia, w których mieści się dawne oratorium zmarłych zakonników, używane w czasie ceremonii pogrzebowych.

', info); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.12641117809973,20.37586212158203); var marker = createMarker(point,'Nowe Brzesko

Historia osady, której początki sięgają XIII w. ściśle łączyła się z historią pobliskiego klasztoru w Hebdowie. Po burzliwym rozwoju zaczęło tracić na wartości, pod koniec XIX w utraciło prawa miejskie. Najważniejszym zabytkiem jest przepiękny kościół Wszystkich Świętych z 1670r. Koniecznie trzeba odwiedzić pochodzący z początku XIX w. pałac w Śmiłowicach, który po wielu latach pozostawania w ruinie został niedawno wspaniale odrestaurowany przez nowych właścicieli. Pałac mieści centrum konferencyjne, hotel i restaurację.

', info); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.50019,21.543421); var marker = createMarker(point,'Baranów Sandomierski

Zamek w Baranowie Sandomierskim z przełomu XVI i XVII wieku będący siedzibą rodu Leszczyńskich, dowodzi ich dobrego wyczucia estetyki. Rezydencję zbudowano na wzór Wawelu i mimo wielu zniszczeń i pożarów na przestrzeni wieków udało się zachować jej architektoniczny kształt. Przy odnawianiu wnętrz pracował Jacek Malczewski, a przy baszcie południowo-zachodniej znajduje się kaplica ozdobiona witrażami Józefa Mehoffera. Budowla wyróżnia się wspaniałym krużgankowym dziedzińcem. Oferuje możliwość zakwaterowania w stylowych apartamentach, ale – jak mówi lokalna legenda – młodzi kawalerowie powinni unikać przebywania we wnętrzach zamku po północy, gdyż w tym czasie po korytarzach błąka się tajemnicza biała zjawa poszukująca męża. Ważnym zabytkiem jest XVII-wieczny późnorenesansowy kościół Ścięcia Świętego Jana Chrzciciela, rozbudowany w XIX wieku. Na jego murach zachowały się kamienne epitafia, na wieżach wiszą 3zabytkowe dzwony ( 2 z XVII w.) a w podziemiach przetrwały groby Leszczyńskich. We wnętrzu zwraca uwagę XVIII – wieczny obraz Świętej Rodziny, kopia słynnego dzieła Rafaela. Przy portalu znajduje się wspaniała barokowa chrzcielnica kamienna z 1669r.
Źródło:© Polska Nawigator Turystyczny, Carta Blanca, Warszawa 2007

', info); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.061214,19.944108); var marker = createMarker(point,'Kraków

O Krakowie powiedziano i napisano już tyle, iż nie wiedzę potrzeby zachęcania kogokolwiek do odwiedzin tego magicznego miasta – wszyscy doskonale wiedzą, że warto tu przyjechać. Niekoniecznie po to, by gonić po kilkudziesięciu działających muzeach, czy pieczołowicie „zaliczać” kolejne zabytki. Również po to, aby „powłóczyć” się historycznymi uliczkami, posłuchać hejnału mariackiego „na żywo”, odetchnąć atmosferą tego niezwykłego miasta, wypić kawę, czy „coś przekąsić” w jednej z kilkuset restauracji, kawiarni, pubów, klubów, knajp i knajpeczek... Tych słynnych, prawdziwie krakowskich...

Panorama Krakowa z poziomu Wisły jest po prostu zniewalająca! Wspaniałe kamienice, kręte uliczki, nadbrzeżne bulwary i przede wszystkim niepowtarzalny widok Wzgórza Wawelskiego, z przepięknie wyeksponowanymi poszczególnymi budynkami, Smoczą Jamą i samym Smokiem Wawelskim u podnóża...

', info); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.675358252782694,21.78863525390625); var marker = createMarker(point,'

CAFE MAŁA SANDOMIERZ, UL. SOKOLNICKIEGO 2

Jak sama nazwa wskazuje – mały, ale za to jakże urokliwy lokalik, położony tuż przy równie urokliwym sandomierskim rynku. W tej miłej atmosferze możemy delektować się smakiem zupełnie wyjątkowych naleśników, słodkich lub wytrawnych (spośród których polecam szczególnie te z serem rokpol), popijając przy tym znakomitą tzw. extra-kawkę.', info); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.69276049033586,21.77215576171875); var marker = createMarker(point,'

MOTEL KRÓLOWEJ JADWIGI SANDOMIERZ, UL. KRAKOWSKA 24

Mieszczący się w zabytkowym obiekcie, u podnóża sandomierskiego zamku, tuż przy wejściu do Wąwozu Królowej Jadwigi motel -  posiada stylowo urządzoną restaurację. Wyposażenie sal stanowią prawdziwe antyki, które można również kupić, gdyż właściciele prowadzą małą galerię. Zajadając się potrawami kuchni domowej, serwowanej przez gospodarzy, możemy poczuć atmosferę minionych dawno lat...', info); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.68601788918602,21.72924041748047); var marker = createMarker(point,'

BAR TRZYDZIESTKA SANDOMIERZ, RYNEK

Zarówno z tarasu, jak też z okien lokalu rozpościera się wspaniała panorama sandomierskiego rynku, z dominującym gmachem Ratusza na pierwszym planie. To niewątpliwie wpływa na smak podawanych tam potraw, z których na szczególną uwagę zasługuje mix z grilla (tzn. zestaw czterech mięs) podawany ze specjalnie przygotowaną i przyprawioną kaszą gryczaną – palce lizać!', info); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.032633,20.2167); var marker = createMarker(point,'Niepołomice

Warto odwiedzić zbudowany przez Kazimierza Wielkiego w połowie XIV wieku zamek w Niepołomicach. Przez wieki był rezydencją królów polskich, a dziś stanowi centrum kulturalno – biznesowe. We wnętrzach działa doskonała restauracja. Do XVII wieku twierdza była ważnym ośrodkiem myśliwskim. Stąd władcy wyruszali na polowania do Puszczy Niepołomickiej. Na jej terenie, w Poszynie, działa Ośrodek Hodowli Żubrów, niestety nieudostępniony do zwiedzania.
Źródło:© Polska Nawigator Turystyczny, Carta Blanca, Warszawa 2007

', info); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.072591,20.037468); var marker = createMarker(point,'Nowa Huta

Nową Hutę wznoszono, jako nowe samodzielne miasto na północny-wschód od Krakowa, w latach 1949-1951. Stała się kluczowym elementem budowy socjalistycznego dobrobytu oraz nowego wizerunku socjalistycznego państwa, w którym największy nacisk kładziono na rozwój przemysłu ciężkiego. Prace prowadzone były równolegle przy budowie osiedli mieszkaniowych i kombinatu metalurgicznego o nazwie Huta im. Wł. Lenina.

Nowa Huta, już jako dzielnica Krakowa, przechodziła bardzo burzliwe dzieje. Strajki, demonstracje, walka o budowę kościoła oraz przeciwko budowie pomnika patrona Kombinatu. Pomimo silnego oporu mieszkańców towarzysz Lenin jednak stanął na cokole w centralnej części dzielnicy. Ludzie nigdy tego władzy nie wybaczyli. Pomnik wielokrotnie oblewano farbą, podpalaną, a nawet próbowano wysadzić w powietrze. Raz ktoś postawił pod nim rower z karteczką: „Masz tu rower, stare buty, wyp.... z Nowej Huty”. Ostatecznie, po 89 roku Lenina przeniesiono do pobliskiego lasu, a w końcu sprzedano do parku rozrywki w Szwecji. Teraz, z kolczykiem w uchu i irokezem na głowie, bawi odwiedzających park turystów.

Kombinat metalurgiczny zmienił patrona na T. Sendzimira. Niestety po roku 89 zaczął podupadać, by odrodzić się na nowo w XXI w. Jako część koncernu Mittal Steel pretenduje do miana jednej z największych i najnowocześniejszych hut w Europie.

Sama Nowa Huta to żywy skansen socrealizmu, który koniecznie trzeba odwiedzić – odżyją wtedy wspomnienia szkolnych akademii i pierwszomajowych pochodów, wśród sztandarów i haseł zagrzewających do wydajnej pracy!

', info); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.30480110396127,20.806217193603516); var marker = createMarker(point,'Nowy Korczyn

W dziejach pełnił bardzo ważną rolę, głównie dzięki znakomitemu położeniu nad Wisłą – pełniącą funkcję komunikacyjne. Tu odbywały się zjazdy i sejmiki generalne dla całej Małopolski. Tu również złożył upamiętniony na płótnie Jana Matejki hołd Królowi Kazimierzowi Jagiellończykowi wielki mistrz Zakonu Krzyżackiego

', info); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.23930055989882,20.717124938964844); var marker = createMarker(point,'

Opatowiec


Położony był na szlaku ze Śląska na Ruś Kijowską i w pobliżu przeprawy przez Wisłę , co sprzyjało szybkiemu rozwojowi handlu . Pierwsze wzmianki o pochodzą z XI w .

W 1474 r . odbył się tu zjazd szlachty małopolskiej dla ogłoszenia pospolitego ruszenia , na wypadek wojny z Maciejem węgierskim. W tym samym roku król przyjął w Opatowcu posłów weneckich oraz wysłanników perskiego szacha, w sprawie wojny z Turkami .

Zniszczony przez Szwedów, na przestrzeni lat podupadał i w 1869 r . ostatecznie utracił prawa miejskie.
Z zabytków na uwagę zasługuje podominikański kościół pw. św. Jakuba Starszego wzniesiony pod koniec XV w . w miejsce częściowo drewnianego kościoła św. Jacka z 1283 r. ; w pierwszej połowie XVII wieku świątynia została przebudowana w stylu barokowym

', info); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.396044127952344,21.040878295898438); var marker = createMarker(point,'Pacanów

Zyskał popularność dzięki znanej chyba wszystkim dzieciom książce Kornela Makuszyńskiego „Przygody Koziołka Matołka”. Każdego roku w czerwcu odbywa się tu Festiwal Kultury Dziecięcej, organizowane są liczne koncerty, występy, jeździ specjalna ciuchcia, a na telebimie wyświetlane są bajki dla dzieci.

', info); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.436657,21.281436); var marker = createMarker(point,'

Połaniec

Wlasnie tu Tadeusz Kosciuszko, zaraz po wygranej bitwie pod Raclawicami, oglosil slynny Uniwersal, zwany Polanieckim. To historyczne wydarzenie i pobyt Wielkiego Wodza w Polancu upamietnia kopiec i izba pamieci.

W Polancu, nad sama Wisla (woda z niej wykorzystywana jest do chlodzenia), zlokalizowana jest piata w kraju pod wzgledem wielkosci elektrownia. Pierwszy blok uruchomiono w 1979 . W 1983 roku uruchomiono ostatni - ósmy blok energetyczny i elektrownia osiagnela laczna moc zainstalowana 1600 MW. 16 stycznia 1989 roku elektrownia zostaje przeksztalcona w przedsiebiorstwo panstwowe Elektrownia im. Tadeusza Kosciuszki. Po modernizacji turbin w latach 1992 - 1995 moc zainstalowana wyniosla 1800 MW. W 1997 roku podczas powodzi tysiaclecia elektrowni grozilo podtopienie z rzeki Wisly .

W 2003 roku zmieniono nazwe z Elektrownia im. Tadeusza Kosciuszki w Polancu na Elektrownia Polaniec S.A. - Grupa Electrabel (w skrócie Electrabel Polaniec S.A.).

Istnieje możliwość zwiedzania elektrowni po uzgodnieniu


', info); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.658216,21.764078); var marker = createMarker(point,'

Sandomierz

Nadwiślański Sandomierz to miasto, którego historia zaczyna się w XIII wieku. Dawniej jeden z najważniejszych polskich ośrodków, dziś pełni funkcje przede wszystkim turystyczne. Na wyjątkową atmosferę miasta wpływa niespotykane bodaj nigdzie indziej w Polsce tak wyraźne jego oddzielenie jego starej części od nowej. Wędrując uliczkami sandomierskiej starówki, można poczuć się jak w staropolskim grodzie. Na rynku stoi XIV – wieczny, pierwotnie gotycki ratusz z ośmioboczną wieżą i ścianami zwieńczonymi u góry attyką. Rozbudowa w XVI w. nadała mu cechy renesansowe – jest jednym z najpiękniejszych polskich ratuszy tamtych czasów. Na najstarszej, południowej ścianie budynku znajduje się zabytkowy zegar słoneczny. Naroża attyki są ozdobione rzeźbami głów reprezentujących 4 stany. Oświetlony nocą ratusz rzuca na wieżę cień przypominającym dwie postacie. Obecnie w budynku mieści się siedziba Muzeum Okręgowego. Ekspozycja obejmuje zabytkowe wnętrza wraz z renesansowymi i neobarokowymi meblami, a także dokumenty i pieczęcie miejskie. Przy jednej z uliczek prowadzącej na sandomierski rynek stoi 33 – metrowa gotycka Brama Opatowska. Stanowi ona fragment jedynie częściowo zachowanych dawnych murów miejskich. Jej szczyt wieńczy renesansowa attyka. Z tarasu widokowego na wieży można podziwiać panoramę miasta i jego okolic, w tym Rezerwatu Góry Pieprzowe. Podczas prowadzenia prac renowacyjnych w piwnicach i podziemiach staromiejskich zabudowań utworzono popularną sandomierską Podziemną Trasę Turystyczną. W wyniku połączenia najatrakcyjniejszych piwnic i składów kupieckich powstał 470 – metrowy szlak, ciągnący się na głębokości do 12 metrów i obejmujący 34 komory na różnych poziomach.
Źródło: Polska Nawigator Turystyczny, Carta Blanca, Warszawa 2007


', info); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.30951542019118,21.067657470703125); var marker = createMarker(point,'

Szczucin

Leży na uboczu uczęszczanych szlaków turystycznych, ale może poszczycić się Muzeum Drogownictwa – wyjątkowym nie tylko w skali krajowej, ale także europejskiej. Zgromadzono tu około 5000 eksponatów, w tym zabytkowe maszyny i urządzenia, na przykład lokomobila, największy w Polsce zbiór znaków drogowych, a w pawilonie muzealnym mundury pracowników drogownictwa oraz dokumenty i projekty obrazujące historię drogownictwa. Najbardziej interesującą częścią ekspozycji jest sala, w której ustawiono makiety ilustrujące proces układania szosy. Przedstawiają robotników z narzędziami z początków ubiegłego stulecia, a nawet autentyczny powóz zwierzchnika nadzorującego ich pracę. Dla chętnych organizuje się pokazy slajdów i ciekawych filmów dokumentalnych.
Źródło:© Polska Nawigator Turystyczny, Carta Blanca, Warszawa 2007


', info); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.57004606809256,21.674137115478516); var marker = createMarker(point,'

Tarnobrzeg

Znany przede wszystkim z kopalni siarki. Po odkryciu ogromnych złóż tego surowca po drugiej wojnie światowej niewielkie miasteczko szybko się rozrosło i awansowało do roli stolicy regionu. Naturalne bogactwo okazało się jednak przekleństwem miasta. Zanieczyszczenie środowiska postępowało, aż wreszcie po przemianach lat 90 przemysł wydobywczy siarki na skutek wynalezienia alternatywnych, tańszych źródeł pozyskania, zaczął stopniowo podupadać. Obecnie na miejscu wyrobiska utworzono ogromny zbiornik wodny. Jednak Tarnobrzeg ma za sobą bardzo bogatą historię, o której nie wszyscy pamiętają. Jej świadectwem jest między innymi piękny, kameralny Rynek (zwany od koloru bruku – placem czerwonym), na którym stoi pomnik Bartosza Głowackiego.


', info); map.addOverlay(marker);//info var point = new GLatLng(50.232363,20.866605); var marker = createMarker(point,'Zalipie

Nie można ominąć Zalipia, jedynej wsi w Polsce, gdzie domy są malowane w kwiaty. Zgodnie z ludową tradycją tutejsze malarki zdobią też wnętrza domów i przedmioty codziennego użytku. Spotyka się barwne stajnie, studnie, kapliczki a nawet budy dla psów. Koniecznie trzeba wstąpić do Zagrody Felicji Curyłowej (placówka muzealna). Do Zalipia najlepiej przyjechać w weekend po święcie Bożego Ciała, kiedy odbywa się widowiskowy konkurs „Malowana Chata”.
Źródło: Polska Nawigator Turystyczny, Carta Blanca, Warszawa 2007

', info); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.43389186200793,21.339569091796875); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.45553679053623,21.44428253173828); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.46165679262735,21.451663970947266); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.519722222222,21.560833333333); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.519166666667,21.601944444444); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.57168146041207,21.656455993652344); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.5802935898334,21.661605834960938); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.668611111111,21.7475); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.673888888889,21.756666666667); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.67786022163361,21.774215698242188); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.15094635096124,20.4071044921875); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.13235358530168,20.369510650634766); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.679709417237476,21.782798767089844); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.7014591889697,21.768722534179688); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.693195463584864,21.73473358154297); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.49715903038127,21.54092788696289); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.09063110478158,20.258102416992188); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.04060433615754,20.214500427246094); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.07036222667469,20.051422119140625); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.2981125512805,20.80535888671875); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.243143111850934,20.720901489257812); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.39910807485813,21.041908264160156); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.31006356616677,21.072978973388672); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.578222462009485,21.721515655517578); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.24325289449809,20.845870971679688); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.182174724020506,20.608978271484375); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.152222,20.601389); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.06264899011479,19.93297576904297); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.43247038399189,21.27124786376953); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.66698112550466,21.781940460205078); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.05030523150393,19.948253); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.043333333333,20.100277777778); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.117777777778,20.3575); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.12140357700609,20.358352661132812); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.141111111111,20.444444444444); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(15.240277777778,20.728611111111); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.289777956613456,20.801410675048828); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.322669179684944,21.072635650634766); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.32749131297406,21.075382232666016); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.410555555556,21.29); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.422222222222,21.311388888889); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.420331410575514,21.31244659423828); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.42426871587652,21.31999969482422); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.440555555556,21.361666666667); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//foto var point = new GLatLng(50.441435915509096,21.370811462402344); var marker = createMarker(point,'', foto); map.addOverlay(marker);//reko var point = new GLatLng(50.675358252782694,21.78863525390625); var marker = createMarker(point,'

CAFE MAŁA SANDOMIERZ, UL. SOKOLNICKIEGO 2

Jak sama nazwa wskazuje – mały, ale za to jakże urokliwy lokalik, położony tuż przy równie urokliwym sandomierskim rynku. W tej miłej atmosferze możemy delektować się smakiem zupełnie wyjątkowych naleśników, słodkich lub wytrawnych (spośród których polecam szczególnie te z serem rokpol), popijając przy tym znakomitą tzw. extra-kawkę.', reko); map.addOverlay(marker);//reko var point = new GLatLng(50.69276049033586,21.77215576171875); var marker = createMarker(point,'

MOTEL KRÓLOWEJ JADWIGI SANDOMIERZ, UL. KRAKOWSKA 24

Mieszczący się w zabytkowym obiekcie, u podnóża sandomierskiego zamku, tuż przy wejściu do Wąwozu Królowej Jadwigi motel -  posiada stylowo urządzoną restaurację. Wyposażenie sal stanowią prawdziwe antyki, które można również kupić, gdyż właściciele prowadzą małą galerię. Zajadając się potrawami kuchni domowej, serwowanej przez gospodarzy, możemy poczuć atmosferę minionych dawno lat...', reko); map.addOverlay(marker);//reko var point = new GLatLng(50.68601788918602,21.72924041748047); var marker = createMarker(point,'

BAR TRZYDZIESTKA SANDOMIERZ, RYNEK

Zarówno z tarasu, jak też z okien lokalu rozpościera się wspaniała panorama sandomierskiego rynku, z dominującym gmachem Ratusza na pierwszym planie. To niewątpliwie wpływa na smak podawanych tam potraw, z których na szczególną uwagę zasługuje mix z grilla (tzn. zestaw czterech mięs) podawany ze specjalnie przygotowaną i przyprawioną kaszą gryczaną – palce lizać!', reko); map.addOverlay(marker); //--- ciekawostki //elektrownia polaniec var point = new GLatLng(50.437937373530985, 21.33871078491211); var marker = createMarker(point,'

Ciepła woda z Elektrowni Połaniec

Elektrownia wpuszcza do rzeki potężną strugę gorącej wody, która (w zależności od aktualnego poziomu Wisły) stanowi kilka do kilkunastu procent jej przepływu. Ręka zanurzona przy lewym brzegu ogrzewa się, a już na środku nurtu - marznie. Różnica temperatur 12 stopni Celsjusza. Zdjęcia lotnicze, wykonywane specjalnymi kamerami termalnymi, bardzo ładnie pokazują, jak ta ciepła struga, zrazu wąska,- po pięciu kilometrach sięga prawego brzegu, bardzo już wychłodzona oczywiście. Wpływ Kozienic na termikę Wisły obserwuje się na paru dziesiątkach kilometrów. To ma pewne skutki dodatnie - przedłuża sezon żeglugowy i sprzyja rozmnażaniu niektórych ryb- lecz chyba ma także skutki ujemne. C h y b a. Może mieć, a może nie mieć. Czort wie. Eksperci związani z energetyką przeprowadzili swoimi metodami pomiary temperatury, zawartości tlenu, innych parametrów i z ulgą orzekli: Wiśle nic nie zagraża. Ale eksperci ochrony, środowiska powściągają słowa aprobaty, bo jeszcze nie ma - ich zdaniem - wiarygodnych przesłanek oceny, jak te Kozienice naprawdę wpływają na hydrobiologię Wisły. Istnieją jednak pewne analogie oraz ogólnie znane prawidłowości. Wiadomo, że wody zanieczyszczone związkami fosforu i azotu są "żyzne", gdy zaś ulegną podgrzaniu - ich żyzność wzrasta gwałtownie; aż tętnią życiem fito- i zooplanktonu, a nawet roślinności wyższej, wszelkich przybrzeżnych i dennych chwastów. Nawet bez podgrzewania z każdych dwudziestu polskich jezior - dziewiętnaście już jest w zaawansowanym stadium eutrofii, która gwałtownie przyspiesza ich zamieranie i znikanie. Każdy gram fosforu wprowadzony do wód powierzchniowych (obojętne, czy jest to fosfor z nawozów syntetycznych, z bydlęcych, ptasich lub ludzkich gówienek, z detergentów bądź pestycydów) powoduje w jednym cyklu biologicznym przyrost masy glonów o sto gramów suchej masy. To źle? Źle. Jak jest intensywne życie - to i śmierć, jak śmierć - to gnicie, jak gnicie - to spadek zawartości tlenu iemisja siarkowodoru, więc utrata zdolności samooczyszczania zbiornika wodnego. To akurat jest pewnikiem, jednym z niewielu.

Podejrzenia budzą wiadomości z Pątnowa. Tamta elektrownia też podgrzewa jezioro
i służy nieźle wzrostowi ryb, lecz znacznie lepiej ich pasożytom. Na sto złowionych ryb zaledwie kilka jest zdrowych, resztę po prostu oblepia robactwo, głównie płazińce i nicienie. Energetycy twierdzą, że to z winy wodnych ptaków, które lubią grzać sobie brzuchy i przy okazji roznoszą pasożyty. Ornitolodzy udzielają odpowiedzi dwuznacznych. To samo ptactwo, chmarami siedząc na niektórych jeziorach mazurskich, nie szkodzi pływającym w nich rybom, z drugiej strony, jeśli kilkanaście tysięcy kaczek paskudzi podgrzaną wodę, to na pewno nie wychodzi jej to na zdrowie. Tak, w ptasim, kale bywają pasożyty, jeziora Pątnów, Slesin, Gosławice niewątpliwie zostały nimi zainfekowane. Inna zgaga to ślimaki, które tak się tam rozpleniły, że zatykają rurociągi elektrowni.

A co będzie, gdy koło Kozienic powstanie stopień i zbiornik wodny, niewątpliwie korzystny z punktu widzenia poboru wody technologicznej ichłodzącej? W wodzie podgrzanej a stojącej życie hydrobiologiczne (to też pewnik) będzie przebiegać ze zwielokrotnioną prędkością. Jak w Afryce, powiedzmy. Zbiornik Kariba na rzece Zambezi został w ciągu roku od rozpoczęcia napełniania zgalaretowany przez glon Salvinia auriculata, który kompletnie sparaliżował żeglugę i ogromnie skomplikował gospodarowanie wodą. Niewykluczone, że i nas mogą spotkać różne niespodzianki. Lepiej zawczasu krakać, niż post factum płakać. W końcu nie jest żadną zagadką techniczną, jak można studzić wodę z elektrowni przed odprowadzeniem do Wisły.


', ciekawostka); map.addOverlay(marker); //most saperski var point = new GLatLng(50.51528219321199, 21.534404754638672); var marker = createMarker(point,'

Most saperski pod Baranowem z września 39r.

Ten prowizoryczny most pod Baranowem, w ciągu kilku godzin zaimprowizowany sprytem saperów, przedłużył o tydzień istnienie i walkę Armii Kraków. Budowa tego mostu, chociaż przeznaczonego do odwrotu, nie do ataku, należy do najbardziej dramatycznych epizodów Września.

Najpierw wprowadzenie w sytuację frontową.

Wedle założeń Naczelnego Dowództwa silna Armia Kraków, pod dowództwem gen. bryg. Antoniego SzylIinga, miała na stałych pozycjach bronić wytrwale południa Polski, przede wszystkim Śląska. Miała stanowić "zawias", tkwiący w miejscu. Było wiadomo, że inne armie pod naporem wroga będą się musiały wycofywać, spływać za linię obronną Wisły. ale Szylling powinien trwać jako "oś obrotu" całego frontu.

Pierwszy dzień wojny. Niemcy atakują na wszystkich kierunkach. Na Podhalu - masą czołgów. Silny napór w Kotlinie Żywieckiej i pod Pszczyną, słabszy - pod Cieszynem. Bardzo mocny atak na północne skrzydło armii, na izolowaną pod Częstochową 7. Dywizję Piechoty i Krakowską Brygadę Kawalerii. Na środkowym, ufortyfikowanym odcinku Śląska - działalność patroli. Już pod wieczór widać, że Niemcy dążą do oskrzydlenia. Drugi dzień. Z relacji gen. SzylIinga: "Zarysowało się zagrożenie obejściem na obu skrzydłach sił armii (00) Wykonanie więc zadania obrony Śląska było możliwe, ale groziło uniemożliwieniem wycofania później stosunkowo silnej armii". Z relacji płk. Jan Rzepeckiego, dowódcy III oddziału sztabu Armii Kraków:

,,0 godzinie 14.30 generał SzyIling połączył się juzem z naczelnym wodzem i od tej godziny rozpoczęły się dramatyczne rozmowy ze Śmigłym-Rydzem i jego szefem sztabu: chodziło wszak o przekreślenie całego planu obrony państwa. Rydz dał się przekonać o konieczności odwrotu, ale chciał odkładać wydanie rozkazów do wieczora: nie rozumiał następstw takiego zwlekania, tym groźniejszych, że do odwrotu nic nie było przygotowane, a położenie wikłało się z każdą godziną".

Z relacji gen. Szyllinga:

"Pomiędzy godz. 18 a 19.00 otrzymaliśmy (zdaje się po drugiej rozmowie mojej z Naczelnym Wodzem) rozkaz odwrotu ze Śląska". Trzeci dzień wojny. 7. Dywizja, naciskana gwałtownie przez siły pancerne, cofa się, ma duże straty. Kawaleria prowadzi działania opóźniające. Główne siły armii, podzielone na dwie grupy operacyjne, przeprowadzają nakazany manewr odwrotowy. (Płk. Marian Porwit: "Odwrót Armii Kraków po obydwu brzegach Wisły był w samym założeniu dziwolągiem operacyjnym"). Grupa Operacyjna "Bielsko" (przemianowana na "Boruta") jest mocno naciskana, lecz - odchodząc drogami na prawym brzegu Wisły - odgryza się skutecznie. Szczególnie wyróżnia się jej 10 Brygada Kawalerii Zmotoryzowanej, jedyna gotowa do boju wielka jednostka pancerna polskiej armii. Grupa operacyjna "Śląsk" (przemianowana na "Jagmin") cofa się bez większych przeszkód lewym brzegiem Wisły, zabierając ze sobą załogi nie naruszonych schronów linii obronnej Śląska. Dowodzona przez gen. bryg. Jana Sadowskiego grupa operacyjna "Jagmin" składa się z 23. i 55. Dywizji. Piechoty oraz zorganizowanego ad hoc zgrupowania załóg fortyfikacyjnych płk. Klaczyńskiego.

Czwarty dzień wojny. 7. Dywizja doszczętnie rozbita. Brygada kawalerii poturbowana, ale w porządku cofa się nad Wisłę, by. Osłaniać mosty. "Boruta" cały czas w ciężkich bojach odwrotowych. "Jagmin", naciskany słabiej, wywikłuje się z ciasnej zabudowy Śląska, przechodzi Przemszę i wieczorem zbiera się na północ od Krakowa. Piąty dzień. Kawaleria asekuruje mosty w Nowym Korczynie i Wiślicy."Boruta" - bez większych wydarzeń. Ta grupa przechodzi (raczej teoretycznie niż faktycznie) pod dowództwo gen. Kazimierza Fabrycego, w skład Armii Karpaty. "Jagmin" trzyma Kraków, wieczorem podejmuje dalszy odwrót lewym brzegiem Wisły. Z Brzeska gen. Szylling po raz ostatni osiągnął połączenie z Naczelnym Dowództwem. Od tego momentu Armia Kraków działa na własną rękę, wiedząc tylko, że wraz z Armią Karpaty ma przejść (nad Dunajcem i Nidą? nad Sanem?) pod dowództwo gen. Sosnkowskiego, organizującego na nowo front południowy.

Szósty dzień. "Boruta" w ciężkich opałach, oskrzydlany od południa przez niemieckie czołgi, bombardowany przez lotnictwo, rozrywany atakami szybkich jednostek wroga. Ale uparcie zbiera się i dąży do przepraw na Dunajcu, zadając Niemcom straty. Grupa "Jagmin" ciągnie do tyłu forsownymi marszami, niepokojona tylko nalotami. Z Opatowca gen. Sadowski składa meldunek: ,,1939, wrzesień 6, godz. 14.00. Oddziały 23. i 55. Dywizji Piechoty osiągnęły całkowicie nakazane rejony bez styczności z nieprzyjacielem. Część pierwsza zgrupowania płk. KIaczyńskiego ukończy ściąganie się do swego rejonu około godz. 15.00. Stan moralny oddziałów - średni". Dzień siódmy. W Mędrzechowie gen. SzylIing wydaje Armii Kraków rozkazy. Grupa "Jagmin" ma przejść nocą do rejonu Opatowiec Wiślica i zorganizować jedną dywizją obronę tego regionu, drugą trzy- mać jako odwód armii. Grupa Operacyjna "Boruta" wykonuje rozkazy gen. Fabrycego. Po południu zwiad lotniczy donosi, że szosą z Buska przez Pacanów na Szczucin, gdzie jest jedyny w promieniu kilkudziesięciu kilometrów stały most na Wiśle, posuwa się hitlerowska kolumna pancerna. Grozi to przecięciem armii, która - parokrotnie już oskrzydlana - dzięki energii gen. Szyllinga skutecznie wymykała się z pułapki. Most zostaje wysadzony w powietrze wraz z pierwszymi grupami forsujących go Niemców: Krakowska Brygada Kawalerii przesuwa się wzdłuż Wisły pod Baranów, by bronić prowizorycznego mostu, postawionego latem.

Ósmy dzień wojny. Niemcy zajmują pod Szczucinem polowe lotnisko, ostatnie samoloty Armii Kraków opuszczają rejon działań. Dowództwo "traci oczy", jak już straciło "uszy", po zerwaniu łączności z Warszawą. "Jagmin" na pozycjach obronnych. 23. DP toczy walki o małym natężeniu, 55. DP stale naciskana. Osobno odchodząca 22. DP, dowodzona nerwowo przez płk. Endla, atakuje Busko-Zdrój, doznając ciężkiej porażki; przestaje istnieć jako zwarta dywizja. Wszystkie okoliczne drogi są już patrolowane przez niemieckie oddziały zmotoryzowane. Dzień dziewiąty. Sytuacja grupy "Jagmin" gwałtownie się pogarsza, na jej tyły wychodzą niemieckie zagony, zajmują kluczową wieś Osiek w pobliżu przeprawy pod Baranowem. 55. Dywizja wyrzuca Niemców i przechodzi do obrony, odpierając falowe ataki wroga, wspartego lotnictwem, czołgami i artylerią. Złożona ze Ślązaków dywizja utrzymuje pozycję i umożliwia innym jednostkom wycofywanie na przyczółek. Cały rejon koncentracji jest już przestrzeliwany przez artylerię hitlerowską. Dziesiąty września. Wymęczone oddziały gen. Sadowskiego zalegały w lasach nad rzeką Czarną. 23. DP dotykała Wisły dokładnie w tym miejscu za Połańcem, gdzie wypadł nasz ostatni nocleg, grupa płk. Klaczyńskiego na prawo od niej, a 55. DP pod wsią Strzegom. Walczył tego dnia tylko jej skrajny pułk, odpierając ataki czołgów 5. Dywizji Pancernej. Nie było wiadomości od sąsiadów: ,Krakowskiej Brygady Kawalerii, która chroniła drugi brzeg pod Baranowem oraz 22. DP, której resztki po przegranej bitwie zbierały się gdzieś w okolicy i odstępowały, ścigane przez Niemców, bo dochodziły gasnące odgłosy kanonady. Większość oddziałów odpoczywała po trudach, natomiast w sztabach wrzało. Brakowało informacji o położeniu, więc raz po raz zmieniały się decyzje, krzyżowały sprzeczne rozkazy.

10.30. Szylling nakazuje Sadowskiemu odmarsz nocą na wschód, przejście przez most pod Baranowem, o ile taka możliwość istnieje, organizowanie obrony Wisły na prawym brzegu.Gdyby w Baranowie nie było przeprawy, iść lewym brzegiem na Sandomierz.

13.00. Sadowski wydaje wojskom rozkaz przygotowania się do marszu na przeprawę.

14.30. Szylling odwołuje rozkaz, bo przeprawa może nastąpić w innym miejscu.

15.00. Sadowski do 55. DP, 23. DP i płk. Klaczyński,ego: Dowódca armii wstrzymał decyzję co do przejścia przez Baranów. Utrzymać pozycje obronne. Prawdopodobnie przeprawa w innym miejscu.

16.00. Szylling do Sadowskiego: Iść na Baranów. Most będzie naprawiony dla piechoty. Artyleria się raczej nie przeprawi, chyba że promami, w razie niemożności wycofania zniszczyć działa. Porzucić absolutnie wszystkie tabory. Jeśli nie da się przeprowadzić koni zostawić.

16.25. Sadowski przywraca rozkaz do wojsk z 13.00. Wydaje szczegółowe dyspozycje marszowe. Wycofywać przede wszystkim ludzi, nawet kosztem utraty sprzętu. Jeśli przeprawa zajęta przez nieprzyjaciela odbić. Tabory, z wyjątkiem kuchen, wozów amunicyjnych i sanitarnych - zostawić. Konie przeprawić wpław. Artyleria w całości wspiera obronę przyczółka i przygotowuje się do ewentualnej przeprawy. Samochody nie będą przeprawiane.

17.00. Sadowski do Szyllinga. Wszystkie rozkazy co do przejścia pod Baranowem wydałem. Gdyby most był nie do użytku, proszę Pana Generała o przygotowanie maksymalnej ilości środków zastępczych.

22.00. Sadowski wydaje wojskom rozkazy uzupełniające. Oddziały zaczynają opuszczać pozycje i odchodzić w stronę Baranowa.

Dzień jedenasty września. Nad Bzurą Armie Poznań i Pomorze przechodzą do kontrofensywy, zaczyna się wielka bitwa pod Kutnem. Armia Kraków przed momentem krytycznym: być albo nie być...

Z relacji pisemnej mjr. Mariana Skierczyńskiego, dowódcy batalionu saperów 23. DP:

"Przed świtem dojechałem łazikiem od strony Osieka do mostu drogowego i po moście pieszo udałem się w kierunku prawego brzegu rzeki. Była lekka mgła. Mniej więcej na środku Wisły na moście spotkałem por. Marcinka, który złożył mi krótki meldunek: Most drogowy uszkodzony, bliżej prawego brzegu zniszczony filar. Dwa przęsła zapadnięte. Wyrwa w moście - około 60 metrów. Uszkodzenie poważne. Ruch kołowy niemożliwy. W wyrwie mostu, przy pracy, saperzy armijni. W trakcie słuchania meldunku zobaczyłem zbliżającego się środkiem mostu od prawego brzegu gen. Sadowskiego. - Bardzo się cieszę - rzekł generał - że pana majora tu widzę. Zna pan ostatnią sytuację? Ja mam rozkaz dowódcy armii przeprawienia przez Wisłę przede wszystkim sił żywych i sprzętu lekkiego. Od pana zależy, czy uda się uratować artylerię grupy operacyjnej. Czy uda się naprawić uszkodzenie mostu i przeprawić artylerię i kolumny amunicyjne? - Zniszczenia mostu jeszcze nie widziałem. - Dobrze, chodźmy tam.

Wyrwa, szerokości około 60 metrów i wysokości w najgłębszym miejscu około 10 metrów, stanowiła kształt rozwartej litery V, przy czym oba przęsła jednymi końcami opadały na zniszczoną tuż przy wodzie podporę (jarzmo palowe), a drugie końce pozostały oparte na podporach w górze. - Jak pan ocenia zniszczenie? - zapytał generał. - Czy widzi pan możliwość zabudowy wyrwy w moście? - Wyrwa w moście zbyt duża - stwierdziłem. - Do jej zabudowy potrzeba będzie masy materiału oraz dużo ludzi i środków transportowych. - Odbudowa mostu musi nastąpić w ciągu dnia dzisiejszego. Zostanie utworzone przedmoście obronne Osiek-Świniary. Będziemy się bili o czas konieczny na odbudowę mostu". (Uwaga! Tuż przed oddaniem tej książki do druku udało mi się odszukać pana Mariana Skierczyńskiego, lat 82, podpułkownika w stanie spoczynku. Okazało się, że jest... moim bliskim sąsiadem. Przeczytał tekst i wniósł parę uzupełnień oraz komentarzy, które przytaczam w nawiasach).

Oficerowie saperów nie mieli czasu przeliczać uciekających minut na uciekające istnienia żołnierzy, którzy walczyli w beznadziejnym położeniu taktycznym, aby dać saperom około dziesięciu godzin na zbawcze dla armii dzieło inżynierskie.Czas refleksji nad dramatyzmem sytuacji nadszedł później, teraz musieli kombinować prowizoryczne środki, których można by użyć do budowy. Zadanie wyglądało nierealnie, by nie powiedzieć: niedorzecznie. Ten most, w trybie pospiesznym, budowało wszak tysiąc robotników – dzień i noc na okrągło przez 47 dni. Teraz dwa przęsła z dziesięciu leżały w wodzie. Do podniesienia ich mjr Skierczyński miał czas krótszy; niż od świtu do zmierzchu, a do dyspozycji 18 oficerów, 458 saperów i 120 żołnierzy innych broni. Na szczęście na brzegach leżało sporo drewna, pozostałego po zakończonej dopiero pięć dni temu budowie.

Ten most bowiem ukończono 5 września. W momencie oddawania go do użytku pluton minerski zakładał już ładunki wybuchowe. Dwa dni temu ktoś je odpalił - nie wiadomo kto i dlaczego. (Mjr Skierczyński: "Ależ wiadomo, wiadomo, choć z koleżeńskich pobudek nie pisało się o tym dotychczas. Most wysadził ppłk. Sikorski, który improwizowanym oddziałem wojska bronił Sandomierza. Niemcy dniem zajmowali miasto, nocą cofali się do Staszowa. On się bał o swoje lewe skrzydło. O prawe - nie, bo tam była za Wisłą pancerna brygada Roweckiego. Więc kazał zwalić jedną podporę mostu, żeby nie sforsowali go Niemcy. Nie wiedział, że do przeprawy zbliża się grupa Sadowskiego. Większa była wina generała Piaseckiego, zresztą trzy razy odznaczonego Virtuti Militari, bo nie zostawił kawalerzystów ze swojej krakowskiej brygady do stałego dozorowania mostu. Kawalerzyści są wygodni, a może oporządzali konie i stąd się stało to nieszczęście"). Rozejrzawszy się Skierczyński podjął decyzję zdumiewającą: że do "wieczora przysposobi dwa mosty! Wyrwy w tym zniszczonym nie da się całkowicie uzupełnić, więc trzeba poprzestać na założeniu kładki dla pieszych. Dla artylerii natomiast i zaprzęgów na1eży skonstruować obok drugi, polowy "most zbawienia" - jak go major ochrzcił w myśli. Most pontonowy bez pontonów, bo ich nie było. Pod brzegiem stało natomiast, co wypatrzył, kilka wiślanych galarów oraz kilka koszarek - pływających przystani z mieszkalnymi barakami. Pośrodku Wisły zaś, wskutek niskiego stanu wody, wychynęła piaszczysta łacha, rozdzielająca nurt. To stwarzało szansę.

(Skierczyński: "Jako młody oficer służyłem w 4 Pułku Saperów w Sandomierzu, tam przybywały takie galary z węglem, wiedziałem, że są płaskodenne i mają dużą wytrzymałość. Często je oglądałem pod czas ćwiczeń. Postanowiłem na nich oprzeć most. Zaraz kazałem żołnierzom zrzucać wiklinę, bo były załadowane").

Zaczął się wyścig o ocalenie. Saperzy biegiem znosili belki i deski, zwalali z koszarek nadbudówki. Oficerowie mierzyli szerokość" Wisły i kalkulowali niezbędną liczbę pływających podpór. Niestety, było ich o trzy za mało. Opadły ręce. Praw mechaniki nie da się oszukać. Nagle majorowi zaświtała myśl absolutnie sprzeczna z teorią hydrotechniki i z praktyczną wiedzą saperską: galar wystarczy, jeśli co drugą będzie się ustawiać bokiem do prądu, prostopadle doń, wykorzystując ją jako fragment jezdni. Hipotetycznie, tak ustawioną jednostkę pływającą prąd musi zerwać z kotwicy, ale prąd był słaby, tylko 0,4 metra na sekundę. Może nie spłyną? (Skierczyński: "Poprawka - było 0,8 metra na sekundę. A kotwic tylko kilka. Kazałem robić prowizoryczne, z jakiegoś złomu, a dodatkowo worki z kamieniami"). Od strony Osieka słychać było grzmot zbliżających się salw artyleryjskich i nieprzerwane gruchotanie karabinów maszynowych. Raz po raz nadlatywały rozpoznawcze samoloty z czarnymi krzyżami, ale bateria polskich "czterdziestek" odpędzała je z rejonu przeprawy. Tutaj saperzy - sami Ślązacy - poganiali się okrzykami: Ty pieronie, bierz ta belka, pośpieszaj! - Chyć ta lina, zaprzyj się i ciung! Roboty ruszyły o 9 rano, a tuż po południu gotowy był "most na koszarkach", na węższej odnodze Wisły, między wyspą a prawym brzegiem.Około 17 stanęła na szerszej odnodze długa linia galar, połączonych prowizoryczną konstrukcją z belek nośnych. Ukończono też wykładaną deskami jezdnię na piaszczystej łasze. Most był gotów w osiem godzin od rozpoczęcia robót. Ale czy wytrzyma pod ciężarem armat? Nadjechała pierwsza ciężka haubica 155 mm. Obsługa na koniach zaprzęgu...

Z relacji mjr. Skierczyńskiego:

"W pewnym momencie zbliżył się do mnie płk. Kijowski ze słowami: Panie majorze, trzeba rozpocząć przeprawę! Już najwyższy czas! Powiedziałem: Tak jest! - i ponowiłem prośbę, by przestrzegać obowiązującej dyscypliny podczas przeprawy artylerii po moście polowym. Pułkownik zlekceważył moją sugestię. Odwrócił się, dał znak pałą i działom z kopyta runął na most. Zamarliśmy z przerażenia. Rozległy się krzyki saperów na galarach, most zafalował. W każdej chwili mogła nastąpić katastrofa. Z jezdnymi na koniach w pełnym galopie mknęła haubica na drugi brzeg. Cóż to był za piękny, a jednocześnie skandaliczny wyczyn! Czyżby pułkownik nie przeprowadzał nigdy artylerii przez most polowy? Ten szaleńczy wyczyn mógł zniweczyć przeprawę. Most mógł ulec poważnemu uszkodzeniu, a kanonierzy, konie i działo znaleźć się na dnie rzeki. Mknące w pełnym zaprzęgu działo w szalonym I pędzie po moście - to wspaniała sceneria do filmu, ale w tym wypadku mieliśmy do czynienia z przekroczeniem granic brawury. Zmierzch dodawał grozy. Działo mijało kolejno odcinki mostu na galarach, na wyspie i na przystaniach, aż wreszcie głucho zadudniło na prawym brzegu. Most wytrzymał tę ciężką próbę. Grupa operacyjna będzie uratowana". .

(Skierczyński: "Do dziś mam w uszach tętent koni i to dudnienie, jak tępy grzmot. Przyskoczyłem do tego pułkownika, miałem otwartą kaburę, rękę na kolbie. To mój domysł, supozycja, ale on chciał chyba, żeby się most zawalił, bo był urażony, że nie pozwoliłem mu się wtrącać do saperskiej roboty i przeszkadzać dyletanckimi radami porucznikowi Marcinkowi").

Nad ranem, po przeprawieniu wojsk, oba mosty trzeba było zniszczyć. Z polowym poszło łatwo, przecięto liny i spłynął. Ale lont prochowy miny na moście stałym nie chciał się zapalić, widocznie zamókł. W ostatnich sekundach, gdy patrole niemieckie wchodziły już na przyczółek, kapral Sochacki spowodował granatem detonację miny. Cudem zdołał się uratować. Saperzy bez strat własnych ocalili trzy-dywizyjną grupę operacyjną, która natychmiast podjęła walkę.

Doprawdy nie potrafię objaśnić, czemu to właśnie wydarzenie z dziejów przegranej kampanii, wyczytane w relacji jego uczestników i ze zbioru suchych raportów frontowych, przechowałem w pamięci. Tyle było wrześniowych kart bardziej tragicznych, bardziej bohaterskich, a nawet bardziej osobistych. Z dzieciństwa wyraziście pamiętam pierwszy dzień wojny i pierwszy nalot na Warszawę, kiedy spadły bomby na Kole. Pamiętam orgie pożarów, groby na, skwerkach, wycie stukasów i kanonadę ciężkich dział i te ostatnie dni piwniczne, podczas których nie ustawał grzmot bombardowania. Czemu więc zająłem się właśnie tym nadwiślańskim epizodem, kiedy to saperzy po prostu zrobili to, co do nich należało, a piechota walczyła, żeby mogli to zrobić? Pewnie dlatego właśnie... Dlatego, że w trakcie przegranej kampanii było niewiele momentów, w których wojska działały dokładnie tak, jak wypadało im działać wedle reguł sztuki wojennej: ani nie uległy panice i rozprzężeniu, ani nie ginęły dla ratowania honoru, nie miotały się w rozpaczy, nie rzucały broni, lecz konsekwentnie czyniły to, co nakazywała sytuacja. Jest to wzorzec nie tylko na czas wojenny; w dodatku zabarwiony na końcu akcentem fanfaronady, bez której byłby to wzorzec suchy, obcy polskiemu temperamentowi, więc nieprzyswajalny. " (Skierczyński: "Jeszcze dodam, że nasz 23. Batalion, jako jedyny z całej armii wrześniowej, dostał za to srebrne Virtuti Militari. A w grudniu 1979 roku odsłonięto na jego cześć w Mysłowicach, gdzie stacjonował, tablicę pamiątkową. Była to ładna uroczystość, dostałem album zdjęć. Przykro tylko, że ani mnie, dowódcy, ani żadnego innego żołnierza batalionu na to odsłonięcie nie zaproszono").


Up | Down | Top | Bottom', ciekawostka); map.addOverlay(marker); //rosyjski most w sandomierzu var point = new GLatLng(50.67688120622778, 21.743316650390625); var marker = createMarker(point,'

Rosyjski most w Sandomierzu

- Potem Rosjanie wysokowodny most zbudowali. I Przyszedł pomnie starszy lejtnant i prosi, żebym obejrzał. Popatrzyłem, widzę, że za słabe postawili zabepieczenia przeciwlodowe. "Szto wy, liedariezy iz stpiczek postroili?" - pytam. Strasznie się najeżył, a było ich na odprawie ze trzydziestu oficerów od tego mostu.
- Wy Don, Boh, Dniepr znajetie? - jeden pyta.
- Ńiet, nie znaju.
- My na etych riekach masty pastraili sawsjem takije kak etat most.
I wsio W pariadkie.
- Ja słyszałem - mówię po polsku, ba mi się rosyjski wyczer­pał - że ta są nizinne rzeki.
A nasza Wisła z gór płynie. Lodopachady na niej straszne.
- Most zdierżyt.
- Oby. Ale jak go kra zabierze, to co? To was wszystkich raz­strielajut!
- Kasynkin maja familja - mówi na ta podpułkownik. – Wot wy mienia panrawilis! Nada jeszczo pasmotrit.
- Coś tam jeszcze pogadał i kazał oficerom na wszelki wypadek lepiej obejrzeć mosty i zapory przeciwlodowe. A potem odjechał. Na jego miejsce przybył pułkownik Małczyński. 28 lutego rano ruszyły lody. Saperzy rządkiem stali na moście i ciskali na kry ładunki wy­buchowe. Nie pomagało. Niektóre rwały się prawie pod mostem i osłabiały podpory. Była mgła, pamiętam, ledwie co było widać. Punktual­nie o ósmej zobaczyłem z przyczółka, że jest źle. Trzeszczał. A tu ­- widzę - na przęśle, które już się wykrzywiało, stoi saper i rzuca. Uchadi durak! - wrzasnąłem. Usłyszał i nagi za pas. Ledwie dobiegł po prostu w ostatniej sekundzie. Trzask, przęsło runęło. W kilka minut Wisła cały most rozebrała... Fatalnie, bo ta był most strategiczny, na głównej linii zaopatrzenia frontu, ale szczęście, że nie była ofiar. Nagle dobiega jakiś zdyszany sardat i do mnie: Pan inżynier! Pan inżynier! Spasajtie naszewo pałkownika! Biegnę, i co widzę? Małaczyński z kabury nagan wyciągnął i da głowy sobie przykłada. Stój! -­ krzyczę. - Chwileczkę! Czego? Ja go łaps za rękę, rewolwer wyrwałem. On do mnie: kto nie spełnił swego obowiązku, ten winien, a ja nie obroniłem mostu. Nagle płynnie po polsku przemówił, bo to był Żyd, z Warszawy. Nic nie mogliście zrobić - tłumaczę mu - Wisła za silna, nie było rady. On znów po rusku: Wsio rawno, razstrielajut, ta­koj zakon. Ale już rewolwer podniósł i do kabury schował. Jak się uspokoił, to wódkę wyciągnąłem, a on tak się rozczulił, że mi dał zdobyczną na jakimś generale szablę ze złoconą klingą i z napisem „Gott mit Uns” Jak otrzeźwiał, to mu się jej żal zrobiło, zabrał.
Patem był sąd wojenny. Aż z Moskwy przyjechali, „od Stalina”, z głównego dowództwa wojsk inżynieryjnych. Przewodniczył pułkownik G., nazwiska nie powiem, bo może teraz jest marszałkiem? Mnie na świadka powołano. Oskarżonych posadzono na trzech ławach. Na pierwszej - projektantów mostu. Na drugiej - budowniczych. Na trzeciej - ochronę. Od razu bez wstępów zapytali mnie:
- Kto winownik?
- Wedle mnie jest dwóch winowajców - mówię. - Pierwszy to lód, a drugi to wojna;
- No, no, Krawcżyk, bez szutek, tyle to i my wiemy. Mówcie jasno, kto zawinił. Ochrana?
- Nie, widziałem ochronę w akcji, robilii wszystko, z narażeniem życia, żeby most ocalić.
Trzecia ława odetchnęła.
- Znaczyt, winni są budowniczowie?

  1. Ani trochę. Oni postawili most taczka w taczkę wedle projektu.

Druga ława odetchnęła.
- Nu da. Oczewidno. Winni są zatem projektanci - ucieszył się pułkownik G.

- Wcale nie są winni.
Pierwsza ława zastrzygła uszami.
- Kak że to? Nikto nie, winowat? – huknął przewodniczący sądu.
- Janie znaju waszych praw - rzekłem ostrożnie. - Ale Wedle naszych projektować może wsiaki durak.
Pierwsza ława obruszyła się.
- Wsiaki durak możet projektirowat? - zdumiał się pułkownik.­ - Cztoż wy gawaritie, Krawczyk?
- Może. A odpowiada ten, kto zatwierdzał projekt.
Zapadła grobowa cisza. Pułkownik G. groźnie sapał, a wyglądał, jakby miał dostać apopleksji. Wreszcie zerwał się zza stołu sędziow­skiego, stanął wyprostowany
i zaryczał, waląc się w piersi:
- Eto ja winownik! Ja winownik! Ja utwierżał etot projekt!

Rozprawę przerwano. Sąd odjechał. Nikt nie został skazany.

Up | Down | Top | Bottom', ciekawostka); map.addOverlay(marker); //HEBDÓW ? WI¦LANY PUNKT NAWIGACYJNY var point = new GLatLng(50.14170587960566, 20.397491455078125); var marker = createMarker(point,'

HEBDÓW – WIŚLANY PUNKT NAWIGACYJNY

            Aby dotrzeć do klasztoru w Hebdowie od strony Wisły – musimy zacumować łódź na piaszczystej plaży w jednym z przepięknych zakoli i udać się kilkaset metrów pieszo na przełaj przez łąkę. A jeszcze 200 lat temu koryto rzeki znajdowało się przy samym wzgórzu klasztornym. Prowadził tędy niezwykle ważny, wodny i lądowy, trakt handlowy z Krakowa na wschód, w kierunku Rusi. Do przystani koło klasztoru licznie przybijały łodzie i barki, kupcy handlowali przywożonymi przez siebie towarami, m.in. zbożem, czego świadectwem jest znajdujący się obok klasztoru spichlerz z połowy XVIII wieku.
            Świadectwem tamtych czasów jest również zwieńczona latarnią 35-metrowa kopuła kościoła, nieco okopcona w górnej części. Zapalana co noc i przy złej pogodzie latarnia była znakomitym punktem nawigacyjnym na Wiśle. Dzięki niej przepływające przez malownicze, ale zdradliwe, pełne mielizn i kamieni, zakola wiślane jednostki mogły być bezpieczne.
            Ksiądz Józef Ostręga, który mieszka i administruje kościołem i klasztorem, marzy by czasy te choć trochę powróciły. Dlatego z wielką radością powitał naszą inicjatywę odtworzenia żeglugi na Wiśle i zawsze chętnie, ze staropolską gościnnością przyjmuje nas w progach opactwa, z wielkim zaangażowaniem opowiadając jego niesamowitą i ciekawą historię. Ten niezwykle miły i otwarty człowiek należy do zakonu pijarów, którzy administrują klasztorem od 1949 roku. Za czasów pijarów klasztor pełnił różne funkcje. Znajdował się tu m.in. nowicjat zakonny. Obecnie ksiądz Józef MIESZKA W OPACTWIE SAM, doglądając postępującego systematycznie remontu, pełniąc jednocześnie funkcję proboszcza tutejszej, niewielkiej parafii. Pozostali bracia zakonni pełnią posługę w innych klasztorach, głównie za granicą.
            Historia hebdowskiego opactwa sięga jednak znacznie wcześniej, do połowy XII wieku. Wtedy to przybyli tu z czeskiego Strahova pierwsi Norbertanie. Po zbudowanym wtedy przez nich drewnianym kościele nie ma już oczywiście śladu. Najstarsze, niezwykle cenne, fragmenty kościoła, które możemy podziwiać do dziś pochodzą bowiem z drugiej połowy wieku XIII. Hebdów odgrywał niezwykle ważną rolę w średniowiecznych dziejach Polski. Gościli tu królowie, którzy wybierali się na polowania do pobliskiej Puszczy Niepołomickiej, opaci hebdowscy byli nawet ojcami chrzestnymi dzieci z dynastii Jagiellonów (stąd przy Kanoniczej w Krakowie znajduje się Kamienica Hebdowska, gdzie zatrzymywali się podczas wizyt u króla). Hebdów był również głównym opactwem polskiej cyrkanii norbertańskiej – do niego należały inne klasztory norbertańskie na terenie całej Polski. Niewątpliwie do upadku opactwa przyczynił się fakt ustanowienia w połowie XVIII w. funkcji opata komendatoryjnego, wybieranego przez króla, który zwykle troszczył się bardziej dochody klasztorne niż o dyscyplinę duchowną. Ostatecznie kres panowaniu Norbartanów w Hebdowie położył car, wydając w 1819 r. dekret o kasacie klasztoru. Dziedzictwo kulturowe tworzone przez wieki przez Norbertanów było ogromne. Zaopatrzona w znakomite dzieła, znana w całej Polsce biblioteka, zawierająca niezwykle cenne średniowieczne inkunabuły i dokumenty, w większości zaginęła. Według legendy: „Wtedy, gdy  norbertanie musieli opuścić Hebdów, odpływając zakopali skarb. Na straży została figura św. Norberta, która raz w roku o jednej godzinie (ale nie wiadomo, o której) wskazywała miejsce , gdzie ukryty jest skarb. Od tego czasu trochę się zmieniło. Figurę przeniesiono bliżej klasztoru, ale skarbu nikt nie znalazł”. Może warto poszukać?...
            Przepiękny kościół z dwoma wysokimi, widocznymi z daleka, 45-metrowymi wieżami, posiada po przebudowie w XVII w. barokowy wystrój. W niszy nad ołtarzem znajduje się najcenniejszy obiekt w kościele – czczona od wieków rzeźba Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Figura liczy ponad 600 lat, ma 124 cm wysokości i jest wykonana z drewna lipowego, w całości pokryta polichromią i złoceniami.
            Niezwykłych wrażeń dostarcza zejście do kościelnych podziemi, które pełniły funkcję kaplicy grzebalnej. Tu składano ciała zmarłych zakonników, przy których modlono się. Specyficzny mikroklimat panujący w podziemiach zapobiegał rozkładowi ciała przez wiele dni po śmierci, a zdarzało się że w oczekiwaniu na przyjazd dostojników pogrzeb znacznie się opóźniał. Fragment podziemi służący za miejsce pochówku zakonników znajduje się pod nawą główną w pierwszej części kościoła. Wejście do krypty znajduje się pod chórem. Kiedyś istniało podziemne połączenie pomiędzy kryptą i kaplicą, zasuwane drewnianymi schodami, które ze względu na warunki panujące pod ziemią niszczały. Dlatego w latach 60. schody usunięto, a przejście zamurowano, by zakonnicy mogli spoczywać w spokoju.
            Obecnie klasztor i kościół w Hebdowie pod opieką i z dużym zaangażowaniem księdza Józefa Ostręgi przechodzi gruntowny remont, w ramach którego w ostatnim czasie wymieniono m.in. dachy nad zabudowaniami klasztornymi. W przyszłości zakonnik chce urządzić to przyjazną „przystań” dla gości odwiedzających opactwo (z pokojami noclegowymi), zarówno tych pieszych, jak też przypływających Wisłą.


Up | Down | Top | Bottom', ciekawostka); map.addOverlay(marker); //NIEPOŁOMICKIE KLIMATY var point = new GLatLng(50.04043896299228, 20.222139358520508); var marker = createMarker(point,'

NIEPOŁOMICKIE KLIMATY

            Rozpoznając zalety turystyczne podkrakowskiego odcinka Wisły, nawet nie spodziewałem się, że to właśnie w niewielkich Niepołomicach zabawię na dłużej, dużo dłużej. Wszystko to za sprawą niezwykłego człowieka, którego poznałem zaraz po moim przyjeździe do tego miasta. Mieczysław Janusz Jagła jest na co dzień dyrektorem Młodzieżowego Obserwatorium Astronomicznego. Niezwykłej instytucji, której celem jest zainteresowanie młodzieży naukami przyrodniczymi i nowymi technologiami. Trzeba przyznać, że zadania te realizowane są bardzo skutecznie, zarówno w trakcie zajęć stacjonarnych, jak też podczas wyjazdów, obozów  szkoleniowych, które często organizuje dla młodzieży pan Mieczysław. W planach ma również dokupienie nowych instrumentów astronomicznych i budowę planetarium. Dla gości organizowane są pokazy, prelekcje, prezentacje i teleskopowe pokazy nieba. Naprawdę warte zobaczenia!
            Pan Jagła jest niepołomiczaninem z krwi i kości – urodził się nawet w tutejszym zamku (kiedyś mieścił on m.in. izbę porodową), gdzie później również chodził do liceum (bo i taką funkcję pełnił przez pewien czas zamek). Do swojego miasta ma niezwykle emocjonalny stosunek. Zawsze chętnie i z niezwykłym zaangażowaniem oprowadza turystów, pokazując i opowiadając rzeczy, których na próżno szukać w książkach. Bez wątpienia łączy w sobie ogromną wiedzę, zdobywaną i poszerzaną sukcesywnie, z miłością do jego ukochanych Niepołomic. Aby jeszcze bardziej spopularyzować wiedzę o mieście i rozbudzić w ludziach ciekawość i miłość do tej ziemi założył w 1980 roku Stowarzyszenie Miłośników Niepołomic, którego do dziś jest prezesem.
            To właśnie pan Mieczysław podzielił się ze mną ciekawostkami o Niepołomicach, które wydały mi się tak cenne i niezwykłe, że postanowiłem je przybliżyć czytelnikom.
            Od kiedy zaczęły powstawać nowe fabryki i drobne zakłady, kilkutysięczne podkrakowskie Niepołomice zaczęły się dynamicznie rozwijać. Początkowo rozwój ten był w miarę zrównoważony, a nowi przybysze powoli asymilowali się z mieszkańcami, poszerzając krąg lokalnej społeczności. Jednak w ciągu najbliższego roku liczba mieszkańców miasta wzrośnie z siedmiu do nawet kilkunastu tysięcy. Istnieje w pełni uzasadniona obawa, że ludzie którzy przeniosą się w te okolice zdominują dotychczasowych mieszkańców i Niepołomice staną się skupiskiem przybyszów z różnych regionów, których mało interesuje lokalna tradycja i historia - wartości te będą powoli zanikać. Dlatego pan Jagła, poprzez założone przez siebie stowarzyszenie, chce wpływać na ludzi. Zarówno dotychczasowych mieszkańców, którzy powinni bronić swojej tożsamości, jak i na przyjezdnych – przedstawiając im niezwykle bogatą historię i tradycje Niepołomic, ucząc zarazem pokory i poszanowania tych wartości.
            Władze miasta ogłosiły, że w tym roku obchodzimy 650-lecie założenia Niepołomic – śmieje się pan Jagła – to oczywiście okrągła rocznica konsekrowania kościoła ufundowanego przez Kazimierza Wielkiego. Początki osady są dużo, dużo starsze. Kiedy jeden z członków Stowarzyszenia, który tak się składa, że był policjantem, kopał na swojej posesji dół, po to by zakopać zagryzioną przez psy należącą do niego owcę, natrafił na przedziwne zawiniątko. W środku była jakby ciasno zwinięta sprężyna i grot strzały. Po wnikliwej analizie znaleziska okazało się, że są to zlepione ze sobą osobne koluszka, które na dodatek są bogato zdobione. Wezwani specjaliści z muzeum z Wieliczki ustalili, że jest to 67 ozdobnych bransolet na rękę, które noszą ślady używania i prawdopodobnie padły łupem złodziei. Bezsprzecznie uznali znalezisko za jeden z najcenniejszych skarbów z epoki brązu jaki znaleziono na tym terenie, szacując jego wiek na 2-3 tysiące lat. Tak oto, po odzyskaniu złodziejskiego łupu sprzed wieków przez policjanta, wykrywalność przestępstw w Niepołomicach znacznie wzrosła (przestępców z wiadomych przyczyn nie zatrzymano). Niestety musiał on dokupić dodatkowego psa, gdyż żądni skarbów sąsiedzi konsekwentnie rozkopywali mu ogródek. Jakiś czas potem, na dodatek w pobliżu domu pana Mieczysława, znaleziono jeszcze starsze ślady, które wskazywały na istnienie w tym miejscu osady (przy dogodnej przeprawie przez Wisłę) ponad 6 tysięcy lat temu. Tak więc szacowania rajców miejskich nie są zbyt precyzyjne – ironizuje mój rozmówca – a gdyby odnieść się do faktycznie otrzymanych praw miejskich to miasto miałoby trochę ponad 200 lat, gdyż nadali je dopiero Austriacy po pierwszym rozbiorze (dokładna data nie jest znana).
            Jak wie już każde dziecko w podstawówce – Król Kazimierz Wielki zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. Do Niepołomic to powiedzenie nie do końca pasuje, gdyż zamek, który wybudował i pozostawił po sobie ten wielki budowniczy był drewniany. Jednak od czasów Kazimierza Wielkiego Niepołomice zaczęły zyskiwać na znaczeniu i to począwszy od niego na zamku bywali wszyscy polscy królowie. Niewątpliwie związane to było z wielkimi polowaniami, które licznie i hucznie odbywały się w pobliskiej Puszczy Niepołomickiej. Najsłynniejsze, a zarazem najtragiczniejsze w skutkach to polowanie z 1533 roku, podczas którego w wyniku nieszczęśliwego wypadku, królowa Bona poroniła syna, co w konsekwencji przyniosło kres dynastii Jagiellonów i bezpowrotnie zmieniło losy kraju.  Kraków, tak jak inne duże miasta w całej średniowiecznej Europie po prostu śmierdział od brudu, śmieci na ulicach, wylewanych nieczystości. W związku z tym jego mieszkańców często nawiedzały liczne w tym okresie epidemie i choroby. Dlatego właśnie król wraz z całym dworem opuszczał stolicę na czas letnich upałów i przenosił się do Niepołomic, by móc rozkoszować się świeżym powietrzem. Tu odbywały się najważniejsze dla państwa spotkania, narady, zjazdy koronne. Jako tymczasowa siedziba władcy, zamek był kiedyś jeszcze bardziej podobny do Wawelu. Wielokrotnie przebudowywany, pierwotnie obronny, swoją świetność jako wspaniałej rezydencji uzyskał za czasów Jagiellonów.
            Budowany z fundacji Kazimierza Wielkiego od 1349 roku kościół w Niepołomicach został ukończony i faktycznie konsekrowany w roku 1358. Z fundacją kościoła wiąże się anegdota. Kazimierz Wielki po powrocie do Krakowa z podbojów na Rusi zastał już tam nowego Biskupa Bodzantę, który zastąpił zmarłego podczas królewskich wojaży poprzednika. Nowy biskup nie mógł znieść hulaszczego trybu życia króla, który nadużywał alkoholu, uganiał się za kobietami – ogólnie rzecz ujmując nie zachowywał się jak na króla przystało. Nie chcąc osobiście wchodzić w drogę Kazimierzowi Wielkiemu, wysłał więc w zastępstwie księdza Marcina Baryczkę, który delikatnie upomniał króla. Ten, jako że jak zwykle był pod wpływem alkoholu, wpadł w furię i kazał biednego księdza utopić w Wiśle, co też uczyniono, kopiąc wcześniej przeręblę w lodzie, gdyż działo się to w połowie grudnia. Po kilku dniach król wytrzeźwiał i zrozumiał swój błąd. Wysłał zatem posłańców do Watykanu, którzy przywieźli królowi zalecenia jak może odkupić swoją winę. Jako pokutę miał on ufundować kilka kościołów, wśród których nie znalazła się świątynia w Niepołomicach, gdyż w tym czasie była już budowana, a Papieżowi zależało na fundacji jak największej ilości nowych obiektów. Kazimierz Wielki prawdopodobnie nabył od przejezdnych kupców relikwie z Góry Arrarat i dlatego kościół został ufundowany pod wezwaniem Dziesięciu Tysięcy Męczenników z Góry Arrarat. Kościół ma zatem więcej patronów, niż Niepołomice mieszkańców – śmieje się tutejszy proboszcz. Gotycka świątynia wybudowana została z czerwonej cegły, na której odnaleziono ślady skorupek z jajek. Świadczy to o zastosowanej zaprawie – mieszaninie wapna, piasku i kurzych jaj, w czasach gdy cementu jeszcze nie stosowano. W kościele znajdują się przepiękne kaplice Lubomirskich i Branickich – rodzin, które w imieniu króla zarządzały Niepołomicami. Częstym gościem poprzedniego proboszcza Andrzeja Fidelusa był Karol Wojtyła, który właśnie w Niepołomicach, jako skromny z natury człowiek z dala od krakowskiego zgiełku, spędzał swoje imieniny.
            Niepołomicka cegła, z której zbudowany jest m.in. ratusz (ufundowany w ramach realizacji przedwyborczej obietnicy przez wybranego na burmistrza właściciela cegielni Władysława Winnera) z 1902r. znana była niemal w całej Europie, a szczególnie na terenie Austro-Węgier, w skład których jako część Galicji wchodziło miasto. Jak wspomina pan Jagła – otrzymał nawet cegłę z napisem NIEPOŁOMICE 1886 od robotników zajmujących się rozbiórką kamienicy w Wiedniu.
            Niemniej ciekawa jest historia niepołomickiego Kopca Grunwaldzkiego. Jak wiadomo przed wyruszeniem na wojnę z Zakonem, król urządzał wielkie polowania w Puszczy Niepołomickiej, by zdobyć wystarczające zapasy żywności dla swojego wojska. Gdy po wygranej bitwie pod Grunwaldem zobaczył zmarnowane i zmęczone oddziały swego wojska, uznał że w tym stanie nie mogą pojawić się w Krakowie. Dlatego ustalił spotkanie w Niepołomicach na Świętego Marcina roku 1411 (czyli ponad rok po bitwie). Dopiero stamtąd, w znakomitej formie, król i rycerstwo, z dobytkiem i łupami udali się pieszo (pomimo protestów duchowieństwa, któremu widać nie chciało się chodzić na piechotę) do stolicy, gdzie przeszli dumnie przed uradowanym tłumem. Jako że ta najważniejsza bitwa średniowiecznej Europy wiąże się ściśle z Niepołomicami, mieszkańcy postanowili ją godnie uczcić. Nawiązując do małopolskiej tradycji sypania kopców, postanowili oni usypać Kopiec Grunwaldzki o wysokości około 7 metrów. Sypanie ziemi przerodziło się w prawdziwą fetę i manifestację wolnościową. Za zgodą proboszcza, również w niedzielę i święta, przy akompaniamencie przygrywającej orkiestry, ludzie przynosili i przywozili ziemię z najdalszych zakątków podzielonego między zaborców kraju i świata (szczególnie miejsc związanych z polską walką wolnościową). Oczywiście nie zabrakło też ziemi z pól bitewnych Grunwaldu. Idea budowy kopca tak się rozrosła, że i jego wysokość postanowiono powiększyć do 14 metrów. Członkowie Towarzystwa Gimnastycznego Sokół, którzy byli głównymi inicjatorami przedsięwzięcia prowadzili księgę pamiątkową, gdzie zapisywano całą historię budowy. Z księgi dowiadujemy się o osobach, które przywoziły ziemię ze Stanów Zjednoczonych, ktoś inny wpłacił 1000 dolarów na budowę, ktoś wziął dwa tygodnie urlopu, by uczestniczyć w pracach. Są wreszcie zapisy o trzech górnikach, którzy własnoręcznie przypchali taczki z ziemią ze Śląska. Idea budowy kopca mobilizowała ludzi do działania, dawała poczucie jedności, niezależnie od zaboru, w którym zamieszkiwali. Przedsięwzięcie zakończono w 1915 roku. Dziś kopiec jest świadectwem patriotyzmu Polaków i zarazem wspaniałym punktem widokowym na okolice Niepołomic.
            Księga dokumentująca budowę kopca była przechowywana w Sokole aż do wojny. Gdy Niemcy wkroczyli do miasta jeden z członków Towarzystwa zakopał ją w swoim ogródku, by uchronić przed niechybnym zniszczeniem. Niestety zmarł nie przekazując wcześniej wskazówek dotyczących miejsca ukrycia księgi i mimo usilnych prób nie udawało się jej przez wiele lat odnaleźć. Dopiero w latach 60. syn ostatniego posiadacza księgi kopał dół na wapno w rogu posesji, gdyż właśnie otrzymał talon na samochód i jak to kiedyś w zwyczaju bywało chciał wcześniej wybudować garaż. I tak przypadkowo natrafił na zawiniątko z drogocenną księgą, która w kiepskim stanie, jednak przetrwała wojenną zawieruchę. Stąd znane są relacje dotyczące postępów prac przy sypaniu Kopca Grunwaldzkiego w Niepołomicach.
            Historia księgi pokazuje jak mocno w Niepołomicach dba się o tradycje. Świadczą o tym również inne publikacje, których inicjatorem jest Stowarzyszenie Miłośników Niepołomic. Wspomnieć tu należy przede wszystkim Kronikę Miasta Niepołomic, której pierwsze wydanie ukazało się w 1989 roku, czy zebrane przez panią Wiśniowską opowieści i legendy o mieście i jego mieszkańcach.
            Po remoncie zamku kilka lat temu, w którym mieści się obecnie wystawa malarstwa Muzeum Narodowego (przeniesiona z krakowskich Sukiennic), restauracja i luksusowy hotel, a wkrótce również centrum konferencyjne, Stowarzyszenie Miłośników Niepołomic boryka się z trudnościami lokalowymi. Miejmy nadzieję, że znajdzie się miejsce, w którym będą mogły być wyeksponowane niezwykle cenne i ciekawe eksponaty dokumentujące wielowiekową, bogatą historię miasta.

            Koniecznie trzeba odwiedzić to niezwykle ciekawe miasto, poznać jego historię, zobaczyć zabytki i odwiedzić Młodzieżowe Obserwatorium Astronomiczne, a szczególnie dyrektora – Mieczysława Janusza Jagłę i życzyć mu, by dzieło uświadamiania nowych tysięcy mieszkańców Niepołomic, w celu zachowania wypracowanych przez wieki wartości i tradycji, przyniosło zamierzone skutki.

Up | Down | Top | Bottom', ciekawostka); map.addOverlay(marker); //PAŁAC W ¦MIŁOWICACH var point = new GLatLng(50.14165087145498, 20.436372756958008); var marker = createMarker(point,'

            Jeszcze na długo przed opracowaniem koncepcji działalności Żeglugi Wiślanej często przemierzałem tzw. Nadwiślankę, czyli Drogę Krajową nr 79 z Krakowa do Sandomierza. Zawsze uwagę moją, jak myślę większości przejeżdżających przez te okolice, wzbudzały ruiny obiektu położonego tuż przy drodze w Śmiłowicach (gmina Nowe Brzesko). Niestety nie znając historii tego miejsca, obserwując tylko teren na wyraźnym sztucznym podwyższeniu, jednak mocno zniszczony i zaniedbany, nie można się było domyślić jaki wspaniały obiekt zajmował kiedyś ten teren. Jakie było me zdumienie gdy kilka lat temu zauważyłem, że obiekt zaczyna być odbudowywany. Zdumienie przerodziło się w zachwyt, gdy podczas kolejnych wyjazdów zobaczyłem wyraźne kształty pięknego pałacu wyłaniającego się z ruin. Dokończone dzieło udało mi się obejrzeć po raz pierwszy już podczas przygotowań do rejsów, na początku 2008 roku.
           
     Poznany przeze mnie właściciel i pomysłodawca odbudowy pałacu, Feliks Śliwa, na ofertę sprzedaży obiektu trafił analizując wykaz Małopolskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Choć Śmiłowice były jednym z najbardziej zniszczonych obiektów, wybrał je ze względu na uporządkowaną sytuację majątkową – prawowitym właścicielem wpisanym w księgi wieczyste była spółdzielnia produkcyjna. Jak wspomina pan Feliks - Pierwsze prace rozpoczęliśmy w 2001 roku wywieźliśmy w sumie 800 metrów sześciennych śmieci. Początki były bardzo trudne, było wiele uzgodnień. Dopiero w 2004 roku otrzymałem pozwolenie na budowę. Wówczas prace ruszyły pełną parą. Początkowo planowaliśmy odbudować pałac na rezydencję mieszkalną – kontynuuje właściciel  – z czasem jednak koncepcja uległa zmianie. Otrzymaliśmy zgodę na dobudowę bocznych skrzydeł pałacu (co znacznie poprawiło jego funkcjonalność) i postanowiliśmy przeznaczyć go na cele komercyjne.  W jednym z bocznych skrzydeł znajduje się sauna, wanna 6–cio osobowa w stylu „Nerona”, sala odnowy biologicznej i siłownia, a w drugiej części ulokowaliśmy zaplecze kuchenne i oranżerię. W dolnej części pałacu znajduje się sala restauracyjna i sale z kominkami, a w górnej części sala restauracyjna w stylu myśliwskim i salony. Na poddaszu znajdują się dwuosobowe pokoje dla 30 osób. Jest też apartament o wysokim standardzie. W jednym z nich znajduje się jakuzi.
     Wokół pałacu rozciąga się przepiękny park krajobrazowy, liczący ponad 700 drzew, takich jak wiązy, graby, sosny, modrzewie oraz ponad stuletnie kasztanowce i lipy.
Prace architektoniczne kierowane przez panią Jańczykowską odbywały się oczywiście pod nadzorem Konserwatora Zabytków, gdyż obiekt jest wpisany do rejestru zabytków jako „wyjątkowo cenny ze względu na wykorzystanie wszelkich walorów położenia naturalnego, powiązania z krajobrazem doliny nadwiślańskiej”. Wszelkie prace budowlane i instalacyjne były przez cały czas osobiście doglądane przez właściciela, który z wielkim mozołem wyszukiwał i zdobywał poszczególne elementy zabudowy, wystroju i wyposażenia.
            Atmosfera minionych wieków jest w pałacu niemal namacalna. Wynika to z pewnością z faktu, że pałac odbudowany był z wielkim zaangażowaniem właściciela, niezwykłą dbałością o szczegóły i, co od razu widać, „z sercem”  (ponoć jest piękniejszy od oryginału). Nie ma w nim żadnych sztucznych, plastikowych imitacji. Marmurowe posadzki i ściany, kominki, piaskowce oraz wspaniała elewacja zewnętrzna nawiązują do pierwotnego, oryginalnego charakteru. Całość tworzy naprawdę niezapomniane wrażenie.

            Można tu zjeść wspaniały obiad (kuchni osobiście dogląda żona Gospodarza), przenocować w komfortowych warunkach lub zorganizować przyjęcie okolicznościowe – spotkanie firmowe, rodzinne oraz wesele, z organizacji których śmiłowicki pałac słynie.

Up | Down | Top | Bottom', ciekawostka); map.addOverlay(marker); //¦LUZA PRZEWÓZ I PROBLEMY KASKADY GÓRNEJ WISŁY var point = new GLatLng(50.04225803647889, 20.154590606689453); var marker = createMarker(point,'

ŚLUZA PRZEWÓZ I PROBLEMY KASKADY GÓRNEJ WISŁY

            Wybudowana w 1955 roku w ramach kaskady Górnej Wisły Śluza Przewóz stopniowo traciła swoje walory użytkowe. W założeniach maksymalny poziom piętrzenia wody, czyli różnica między poziomem wody przed i za śluzą, miał wynosić 3,70 m. Jak wspomina wieloletni kierownik obiektu Adam Bochenek jeszcze dwadzieścia lat temu możliwe było śluzowanie nawet sporych statków, dziesięć lat wstecz przechodziły już tylko małe i średnie jednostki. Z czasem, wskutek erozji dna rzeki poniżej stopnia wodnego i drastycznego obniżenia poziomu wód gruntowych, różnica poziomów doszła do około 7 metrów. Dlatego obecnie na progu dolnym stopnia wodnego poziom wody waha się w okolicach zera lub nawet poniżej! Jest to niewyobrażalne, ale jak najbardziej możliwe. Zapraszam do Przewozu, by zobaczyć ten niezwykły, niestety dla nas wodniaków, przygnębiający widok. Stojąc na dolnych wrotach śluzy i patrząc w stronę Niepołomic widzimy jak woda spada, jakby z kilkunastocentymetrowego wodospadu, z betonowego progu położonego tuż za wrotami, a kilkanaście metrów dalej w poprzek rzeki przechadzają się ptaki! I z pewnością nie są to kaczki, które unoszą się na wodzie. Tak więc poziom wody nie jest tam wyższy niż 15-20 centymetrów. Jak mówi pan Bochenek, śluzowania możliwe są prawie zawsze w okresie wiosennych roztopów i czasami w ciągu roku po obfitych opadach, kiedy rzeka poniżej stopnia mocniej przybierze. Czyli w sumie przez jakiś miesiąc w roku, a biorąc pod uwagę ostanie bezśnieżne zimy to okres ten jest jeszcze krótszy. Przekłada się to oczywiście na ilość śluzowań, których wykonuje się w sumie kilka do maksymalnie kilkunastu w roku (i to głównie z góry na dół, bo można wspomóc się wypuszczaną dodatkowo wodą). Dlatego przybór, który miał miejsce w ostatnich dniach lipca, skrzętnie wykorzystali lokalni armatorzy przerzucając część sprzętu z jednej strony śluzy na drugą. Następna taka okazja być może dopiero w marcu.
            Przyczyn takiego stanu rzeczy należy szukać w braku konsekwencji kolejnych projektantów i budowniczych planów i programów związanych z regulacją Wisły. Ich założenia były mniej więcej podobne, zmieniały się tylko nazwy, nieznacznie zakres inwestycji, no i sami decydenci.
            Zostawmy w spokoju czasy świetności Rzeczpospolitej, kiedy Wisłą zaczęto się poważnie interesować i wykorzystywać ją komercyjnie, tworząc przy tym pierwsze plany regulacyjne. Dajmy spokój Austriakom, którzy choć jako zaborcy okupowali naszą piękną Małopolskę, sporo wysiłku poświęcili planowaniu i realizowaniu inwestycji hydrotechnicznych. Naszym przodkom w okresie międzywojennym zabrakło niestety czasu na kontynuację i rozbudowę ich dzieła.
            Regulacja Wisły na szeroką skalę, najpierw pod nazwą Planu, później Programu, rozpoczęła się dopiero po II wojnie światowej. Jak to w tamtych czasach bywało, wszystko miało być wielkie, wspaniałe i olśniewające. I jak to zwykle bywało niestety nie do końca przemyślane, zaplanowane, a co najgorsze realizowane w sposób chaotyczny, czyli tak naprawdę wbrew samej nazwie Plan lub Program.
            Tak też powstał na przełomie lat 50. i 60. Stopień Wodny Przewóz wraz z dwoma innymi, Dąbie i Łączany. Z braku funduszy budowę następnych trzech zapór, które miały pracować w ramach jednego systemu wstrzymano na wiele lat. W przypływie geniuszu  gospodarki rynkowej powrócono do starej koncepcji i tak na początku XXI wieku powstały ogromne, nowoczesne obiekty Dwory, Smolice i Kościuszko. Część z nich już się zresztą przebudowuje, a przy okazji „staruszki” wybudowane w połowie poprzedniego wieku doczekały się remontu. Oto więc teoretycznie powstała droga wodna pomiędzy Oświęcimiem a Nową Hutą dostosowana do transportu towarów barkami o wyporności do 1000 ton. Śluzy, oprócz Przewozu, a i owszem są do tego dostosowane i nawet czynne przez całą dobę, jednak sam szlak żeglowny – absolutnie nie! Po prostu, na skutek braku regulacji i systematycznego udrażniania, szlak żeglowny Górnej Wisły nie nadaje się w wielu miejscach do pływania nawet małymi jednostkami sportowymi, a co tu mówić o statkach. Dlatego ruchu komercyjnego tu prawie nie ma.
            Poza tym droga wodna Górnej Wisły kończy się właśnie na wspomnianej Śluzie Przewóz, którą nie sposób pokonać przez większość roku, z powodów opisanych wcześniej. Tak naprawdę przyczyną klęski inwestycji w Przewozie okazał się po raz kolejny brak konsekwencji w realizacji przyjętych planów.
            Stopień Wodny Przewóz nigdy nie był planowany jako obiekt zamykający kaskadę Górnej Wisły. Zgodnie z planami i późniejszym projektem opracowanym w 1977 roku miał on być „podparty” kolejną zaporą, zlokalizowaną w Niepołomicach. Zabezpieczyło by to obiekt w Przewozie przed spadkiem wody na dolnym progu śluzy i umożliwiło normalne śluzowanie przez okrągły rok. Oczywiście jest to rozwiązanie doraźne, gdyż za następne 15-20 lat na dolnym progu śluzy w Niepołomicach mogłoby wystąpić to samo zjawisko co w Przewozie i konieczna byłaby budowa kolejnego stopnia wodnego, zgodnie z opracowaną koncepcją kaskadowania rzeki w ramach kontynuacji Programu Wisła.
            Potwierdzeniem bezsensowności „wyrywkowych” inwestycji w ramach planu zagospodarowania Wisły jest zapora i Zalew Włocławski. Występują tam podobne problemy z ilością wody na dolnym progu jak na Stopniu Przewóz. I podobnie jak w Przewozie rozwiązanie może przynieść tylko budowa kolejnego elementu kaskady – zapory w Nieszawie.
            W Niepołomicach powstało poważne lobby, które akcentuje możliwość przywrócenia walorów miasta związanych z turystyką wodną i żeglugą komercyjną. Najważniejszym elementem planu działania jest utworzenie połączenia wodnego z Krakowem, przez budowę stopnia wodnego poniżej Niepołomic i co za tym idzie udrożnienie śluzy w Przewozie.

            Jak podaje jeden z inicjatorów projektu, Zbigniew Siedlarz z Towarzystwa Miłośników Niepołomic, budowa stopnia wodnego w Niepołomicach znajduje się na liście rezerwowej projektów indywidualnych Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko na lata 2009-2013. Wartość projektu oszacowano na 52 mln. Euro, z czego dofinansowanych ze środków Unii Europejskiej ma być 20 mln. Ten nowoczesny stopień wodny posiadał będzie ogromną komorę śluzową o wymiarach 190 x 12 metrów i elektrownię wodną o mocy ok. 2,5 MW. Stopień wodny w Niepołomicach – dodaje Siedlarz – ma kluczowe znaczenie, zostanie otwarta droga z i do Krakowa, dodatkowo będzie on produkował „zieloną” energię elektryczną. Trudno nie przeceniać jego możliwości dla wiślanej żeglugi śródlądowej, pasażerskiej i towarowej.

Up | Down | Top | Bottom', ciekawostka); map.addOverlay(marker); //sandomierz var point = new GLatLng(50.67622851794511, 21.76116943359375); var marker = createMarker(point,'

Sandomierz

„I na drogach moich raz tylko napotkałem miasteczko, dokąd chciałem powrócić, gdzie chciałem żyć, gdzie chciałem tworzyć. Alenie na żad­nych szlakach Norwegii czy Hiszpanii, tylko po prostu niedaleko od siebie i nad naszą rzeką - w Sandomierzu”.

Tak pisał, a i czulej pisał o Sandomierzu - o Sandomierzu i w San­domierzu - jego Wielki Bard, pan Jarosław Iwaszkiewicz. Wyznawał, że nie żaden atawizm wiązał go z tym miastem sentymentem, gdyż przodkowie jego Po innych Wędrowali krainach, lecz mimo to właśnie Sandomierz stał się dlań miastem rodzinnym.
Wcześniej zapełniał jego mury powieściowymi postaciami i dra­matami dziejowymi Stefan Żeromski. Ale swąfascynację miarkował.

"Przed secinami lat sadzono drzewa i winny szczep na słonecz­nych Sandomierza pagórkach, w miejscach, gdzie dzisiejsza bieda i dzi­siejsza ciemnota rozpościera panowanie wokół romańskiego piękna świętego Jakuba".
W latach dwudziestych Sandomierz miał potężne biskupstwo, gar­nizon i jakieś pięć tysięcy mieszkańców, którzy cienko przędli z han­delku i robiącego bokami rzemiosła. Alemiał gestpański – biskup do katedry przejeżdżał, całe dwieście metrów, karocą! - i miał aspi­racje... stołeczne.

Melchior Wańkowicz komplementował, że Sandomierz "miasto pię­kne ni to Polska Werona", a wizytując je vi czasach budowy COP wspo­minał swe sztubackie lata i tak oto konfrontował z, teraźniejszością:
"Nie znalazłem Wielkiej różnicy w przyszłej stolicy Okręgu Cen­tralnego, kto wie - może w przyszłej stolicy Polski. Jeśli to się kiedyś stanie, a tak życzył Sandomierzowi, wpisując się do księgi pamiątko­wej, minister Kwiatkowski - to będzie jeszcze jeden wielki psy­chiczny plus Okręgu Centralnego".

Nie został nawet stolicą małego województwa. Tradycja jednej z piastowskich stolic .Królestwa przegrała z siarką i z tradycją rewo­lucyjną Republiki Tarnobrzeskiej.
Nie mnóżmy cytatów. Iwaszkiewicz nie był jedynym, któremu Sandomierz jawił się jako kwintesencja polskości. To miasto ma istotnie wiele atrybutów, które je do roli symbolu predestynują. Leży nad Królową Polskich Rzek. Jest starodawne. W swych murach zawarło dokumenty narodowej kultury, kamienne dokumenty romańszczyzny, gotyku, renesansu, baroku, a nawet domieszkę bizantyjską w postaci fresków mistrzów kijowskich
w katedrze - znak, że czerpaliśmy i ze Wschodu artystyczną inspirację. Jest nieduże, kameralne, sentymental­ne, zaciszne, takie właśnie, jakie pasuje do tradycyjnego modelu "Byle polska wieś spokojna". A zarazem naznaczone jest tragicznym kon­trapunktem martyrologii, od jaćwieskich i tatarskich najazdów, przez bitwy szwedzkie i napoleońskie, po drugą wojnę światową. Jest też jakby pechowe; tyle miało szans dziejowych, a nigdy nie wybiło się na wielkość. Tak, Sandomierz jest dobry do ewokowania uczuć patrio­tycznych
i do ich intymnego przeżycia.

', ciekawostka); map.addOverlay(marker); } } //]]>